niedziela, 22 czerwca 2014

Rozdział 27 ,,W rękach wroga."


Usłyszałem jakieś trzaski, jakby coś spadało. Przestraszyłem się, domyślałem się, że to nie było coś tylko ktoś. A mianowicie Hermiona.
Zbiegłem po schodach i o mało co nie potknąłem się o leżącą na posadzce szatynce. Wyglądała strasznie, siedem nieszczęść w tak kruchej istocie. Podniosłem ją, stwierdzając, że coś jest nie tak. Coś jakby ,,szczęknęło" w okolicach jej kręgosłupa. Kiedy się nachyliłem, aby sprawdzić jej puls i oddech, nic nie czułem, ani nie słyszałem. Przestraszyłem się, wyglądała jakby na prawdę umarła! Ostatnie to co nie dawało mi takich potwierdzających informacji był fakt, że jej ciało było ciepłe. Rozejrzałem się po domu i stwierdziłem, że nikogo nie ma, albo domownicy są w ogrodzie. Położyłem starannie dziewczynę na kanapie, a sam wybiegłem na ogród, w poszukiwaniu matki.


 ~*~

Otworzyłam oczy. Byłam w jakimś białym pomieszczeniu, zaś daleko znajdowało się żółte światło. Gdzie byłam? 
Ubrana w białą sukienkę, do ziemi, która się za mną ciągnęła, i płaskie, tego samego koloru ,pantofelki.  Co się dzieje? Umarłam, po raz 2?! Nic nie rozumiałam. Miałam jednakże nadzieję, że trawiłam tu po to aby się dowiedzieć i zrozumieć wszystko co było zagadką. A tą tajemnicą było moje życie. Nagle, w oddali, zobaczyłam majaczącą postać. Siwa broda do ziemi, ręce założone z tyłu. Mężczyzna w podeszłym wieku, jednak mogło się wydawać, że jest osłabiony. Tak na prawdę, mógł nie jednego zaskoczyć. Odziany w szaty szkarłatnego koloru. Zmierzał w moją stronę, a ja usiłowałam sobie przypomnieć kim on jest. 
Kiedy odległość między nami była nie duża, uświadomiłam sobie kto to jest. A wraz z nazwiskiem tej osoby pewne wspomnienie.

Widziałam siebie. Mała, jedenastoletnia dziewczynka o burzy brązowych loczków, słucha uważnie tego pana, który w tym samym czasie do niej zmierza
- Hermiono Jean Granger, zostałaś przyjęta do szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Będziemy zaszczyceni mogąc cię uczyć.
- Mamo! Jakiś starszy pan mówi, że jestem czarodziejką! -wrzasnęła dziewczynka na cały dom. 
Obraz zaczął przypominać wielką plamę rozlanego mleka jak stół, a ja już zdążyłam spostrzec, że starzec stoi obok mnie. Przez jedno wspomnie uświadomiłam sobie kim tak na prawdę jestem. Może nie do końca, ale więcej wiedziałam niż przypuszczałam.
-Witaj Hermiono. Czy wiesz kim jestem? - spytał siwobrody. Skinęłam głową. Tyle mu wystarczyło by kontynuować dalej.
- Profesorze, co się dzieje? Czy ja, umarłam? - spytałam z dociekliwości. - Straciłam pamięć i skąd...
Nie dane mi było dokończyć, ponieważ Dumbeldore, przerwał mi skinieniem dłoni.
- Panno Granger, wszystko w swoim czasie. - odparł, starzec. - Co chciałabyś wiedzieć? 
Zastanowiłam się chwilę. Ile dane mi było tutaj zostać? Czy wystarczająco długo, aby wiedzieć o sobie tyle aby żyć w świadomości? Znowu w moim życiu zagościły tylko pytania, a brak odpowiedzi. Teraz może się to zmienić, wystarczy zadać odpowiednie pytania, ciągnące za sobą sznur wydarzeń. Tylko, czy szczęście mi dopisze? 
- Ile mamy czasu? - spytałam, licząc na dobrą odpowiedź.
- Tyle dopóty, nie poznasz wszystkich nurtujących cię rzeczy. 
Uśmiechnęłam się szczerze, chyba pierwszy raz od przebudzenia. Wiedziałam już na pewno. Będę żyć jak dawniej. 
- Dobrze, życie zostawimy na koniec. Może najpierw wyjaśnijmy zdarzenie, które miało miejsce niedawno. Chodzi o moją złość. Podniosłam wtedy kufer, siłą woli. Jak to wytłumaczyć?
- Widzisz Hermiono, to na prawdę unikatowy dar. Słyszałaś może kiedyś o telekinezie? 
- Tak. W mugolskim świecie, w czarodziejskim byłam pewna, że nie jest możliwa. 
- I tutaj masz rację, panno Granger. Nie istnieje. Jednakże ty jesteś z pochodzenia mugolką, ale uczysz się w innym świecie. 
- Czy mogłabym się tego jakoś pozbyć? Tracę przy tym dużo siły. - spytałam profesora. 
- Wszystko powinno zniknąć, kiedy będziesz wiedziała wszystko o sobie. Po to tutaj jesteś. - odpowiedział z lekkim uśmiechem. 
- Czas jest tutaj taki jak na ziemi? - dość nietypowe pytanie, jednak inni mogą się martwić. W końcu byłam w śpiączce. 
- Nie. Każda godzina tutaj odpowiada dniowi. 
- Świetnie, będę nie przytomna może tydzień... - zmartwiłam się. Kolejny nie fart w moim świecie. 
- Cóż, nie wszystkim trzeba się przejmować. To ty musisz być szczęśliwa nie inni. 
- Prawda, jednak ja nie potrafię się martwić o moich bliskich. - odparłam, z westchnieniem. Czułam jakby mi coś ciążyło na sercu, taki wielki kamień. - Zna profesor zaklęcie Enlartsa?
- Tak. To inaczej kropla astralna, czytana od tyłu. Wtedy, w dworze Malfoy'ów Lucjusz, użył go byś dalej żyła. Chyba wiesz dlaczego, prawda? - przerwał uważnie mi się przyglądając. Ja tylko skinęłam lekko głową. - Niestety, Twoje ciało jest w Malfoy Manor. Co prawda ty to ty, ale tam są zamknięte wszystkie twoje wspomnienia. Jeśli się nie pośpieszymy, Śmierciożercy zaczną je mieszać, tak abyś była po ich stronie. Zmienią cię nie do poznania. 
Byłam zła, zdruzgotana. Ja to nie ja? Jak mam to teraz rozumieć? Czyli jestem dalej sobą, tylko rozdwoiłam się na dwie części? To by było zrozumiałe, chociaż jak można się podzielić? Szkoda tylko, że wszystko co wiedziałam, musiało zostać tam gdzie nie powinno. W rękach wroga. 
- Wszystko jest takie skomplikowane. Czy życie nie może być proste, bez żadnych trudność? - spytałam pełna żalu i rozpaczy. Dumbledore mógł mi odpowiedzieć na wszystkie pytania, trzeba było skorzystać z okazji.
- Wtedy to co teraz masz nie było by życiem. Byłoby monotonią. 
Miał rację, nie można było dostać wszystkiego na tacy. Trzeba się cieszyć tym co jest nam dane. Wracając do moich problemów z pamięcią. Poproszę Dropsa, aby spróbował mi po jeszcze kilku pytaniach, bez zbędnych ceregieli, przywrócić pamięć. Nie chcę dłużej czekać, muszę wiedzieć co będzie dalej, ze mną. A szczególnie z Fredem. Czy dalej go kocham? 
- Czy po tym wszystkim, dalej będę z Fredem? - spytałam, bez namysłu. A po chwili pożałowałam. To tylko i wyłącznie moja sprawa, sama to muszę rozegrać. Było już za późno na powiedzenie, innego pytania.
- Dobre pytanie. Mam nadzieję, że miłość nie jest ulotna. Ona po prostu musi znaleźć właściwą drogę, rozwiązanie. 
Westchnęłam, nie znał odpowiedzi. W końcu, to człowiek wszechwiedzący, jednakże chyba sama muszę znaleźć odpowiednie rozwiązanie. 
- Profesorze mogę o coś pana prosić? - spytałam nieśmiało. Chyba czas wrócić do świata, i wyjaśnić parę rzeczy. 
- Słucham. 
- Czy jest sposób aby już teraz przywrócić mi pamięć? Nie mam więcej pytań, muszę pozałatwiać wszystkie sprawy. - miałam nadzieję, że się zgodzi. Na pewno coś wymyśli. - Tylko czy wtedy wrócę do swojego pierwotnego ciała? 
- Na to liczyłem, czułem, że nie masz dużej ilości pytań. Zawsze liczyłaś na swój rozum, i to w tobie cenię. Oczywiście, że jest. Zamknij oczy i pomyśl o tym co cię najbardziej dręczy. W tym przypadku twoja pamięć. Ja po otwarciu oczu zniknę, a ty już wszystko będziesz pamiętać, oraz wrócisz do Malfoy Manor. Nie martw się, gdy tylko się tam znajdziesz, wrócisz do kropli astralnej i wszystko wróci do normy. Gotowa?
Skinęłam głową, zamknęłam oczy i pomyślałam o utracie pamięci. Nie wiem ile to trwało, ale otwarłam oczy a Dumbledore'a już nie było. Nagle wszystko się zaczęło rozmywać, a ja byłam o dziwo szczęśliwa. 
I te wspomnienia! Rodzice, pierwszy rok w Hogwarcie, troll w łazience, rozwiązanie tajemnicy Komnaty, Syriusz Black, Turniej, w którym mogło zginąć wiele osób, a brał w nim udział Harry. Ten Harry, który jest Wybrańcem! To ona ma zabić Voldemorta, potężnego czarnoksiężnika. Wroga, naszego wroga. Stowarzyszenie Zakonu Feniksa, i moja miłość do Freda. Nasz pierwszy pocałunek, w strugach deszczu taki o jakim zawsze marzyłam. I wiem przynajmniej kto spowodował mój rzekomy wypadek z utratą pamięci. Ron! A ja mu tak ufałam, czemu był o mnie tak zazdrosny. Tylko dlaczego pamiętałam wszystko po powrocie od MAlfoy'ów? Cóż upadek do czegoś też się musiał przyczynić, Śmierciożrcy musieli to planować i tylko czekali. 
I nareszcie z nieświadomości to tego na co czekałam. Uczucia powróciły. Kocham Freda do szaleństwa! Chciałabym być na zawsze w jego sercu, umierać z tęsknoty gdy go nie będzie, czekać całymi dniami i nocami, aż przyjdzie i weźmie mnie w ramiona, te bezpieczne ramiona, zaopiekuje się mną. To, stało się takie realne! Oby nikt tego nie zepsuł. 
Znalazłam się w swoim pierwotnym ciele. Zdążyłam zobaczyć, czarno-zielone zdobienia i już otwierałam oczy w Norze. 
Ktoś siedział przy moim łóżku, wyglądał na naprawdę zmęczonego i smutnego. Jakby uleciało z niego całe życie. Tym kimś był mój kochany Freddie. Przyglądałam mu się od dobrych paru minut, jednak on miał spuszczoną głową i nie widział, że się obudziłam. Chrząknęłam znacząco, a on jak poparzony podniósł głowę. Uśmiechną się, tak cholernie pięknie, że miałam ochotę udusić go ze szczęścia. Zagarnęłam go w swoje ramiona, a on z zaskoczeniem, ale mimo wszystko oplótł moją talię rękami. Cudownie, można było napawać się jego cudownym zapachem, tą bliskością. 
- Hermiono, jak się czujesz? - spytał, odsuwając mnie lekko od siebie. Chyba nie był pewny, czy dobrze się czuję.
Zareagowałam szybko, nie chciałam czekać. Dość miałam niepewności. Pocałowałam go. Wpiłam się w jego usta, i stwierdziłam, że chce być tylko z nim. Jak mogłam kogoś aż tak kochać?
Po chwili oderwaliśmy się od siebie, z braku tchu. Jednak widziałam, że nie jest pewny czy ja, to ja.
- Hermiono... Wszystko w porządku? - spytał patrząc na mnie jak na głupią. 
- Tak. 
- Przecież... Ty mnie... To znaczy, pocałowaliśmy się 2 dni temu, a potem ty spadłaś ze schodów. Nie chciałaś tego pocałunku, więc o co chodzi? Dlaczego mnie całujesz? Bawisz się mną?! 
Nie spodziewałam się tego. Czemu tak wybucha? Chce żebyśmy byli razem czy już nic do mnie nie czuje?!
- Kochasz mnie? - spytałam, skruszona. Chciałam płakać, a przed chwilą rozpierało mnie szczęście.
Nie odpowiedział. Czemu ja się tak łudziłam? Straciłam pamięć, a on już stracił nadzieję, ze cokolwiek z tego naszego związku będzie. Chciałabym by było jak dawniej. Czy da się to jeszcze naprawić?
Zaczęłam płakać, nie mogłam tego powstrzymać. Nie minęło sporo czasu, a ja już miałam mokrą twarz od łez, i dłonie od ich wycierania. Spojrzałam na niego pełna żalu, wstałam, podeszłam do okna. Był ciepły i słoneczny dzień. Bez najmniejszej chmurki, a ja? Zapłakana!
- Uraziłem cie czymś? - spytał. 
Chyba nie wiedział, dlaczego płaczę. Ba, nawet nie wiedział, że wiem w stu procentach kim jestem. Wygłupiłam się, jednak emocje brały górę.
- Odpowiedz mi, kochasz mnie? - musiałam to na nim wymusić. 
- Zawsze, o każdej porze dnia i nocy. 
I znowu, łzy. Tym razem ze szczęścia. 
- Dlaczego płaczesz? - spytał. - Przecież nic nie pamiętasz... Nawet nie wiesz, gdzie się całowaliśmy i jak...
- Pod drzewem, w deszczu. Tak jak sobie wymarzyłam. - odparłam. Jego mina była bezcenna. Chyba wiedział już, że ,,wróciłam".
- Pamiętasz? - dalej nie dowierzał. 
- Tak. Wtedy przez te dwa dni, kiedy tutaj byłam w śpiączce, rozmawiałam z Dumbledore'm. A tam to tylko dwie godziny! Przywrócił mi pamięć. A ja wróciłam do swojego pierwotnego ciała. Wiesz, że rozmawiałeś z moją identyczną kopią, a moja pamięć była zamknięta w pierwotnym ciele? 
- Powoli, powoli. Powiedz wszystko od początku. 
Opowiedziałam mu o tym o czym rozmawiałam z Dropsem, i innych do tej pory niewyjaśnionych rzeczach. 
- Więc już wiesz co nas łączy? - spytał unikając mojego wzroku. Jakby się bał, że pocałowałam go w przypływie emocji. 
- Wiem. Nie masz się czym martwić. - uśmiechnęłam się, a on wstał i podszedł do mnie. 
- Co dalej z nami? 
- Jeżeli mnie kochasz, bądź my razem. Może w końcu nam się uda. - powiedziałam, pełna nadziei. Marzyłam o tym abyśmy byli razem, szczęśliwi, na zabój zakochani.
- Kwestia tego, czy mnie kochasz. - mruknął, podnosząc prawą brew do góry. Wyglądał tak przystojnie kiedy się nad czymś zastanawiał.
- Nie całowałabym Cię gdyby tak nie było. - westchnęłam. Nareszcie to z siebie wykrztusiłam. 
- Cieszę się, że wróciłaś. - powiedział i wyszczerzył swoje śnieżno-białe zęby. 
Zagarnął mnie w swoje ramiona i przytulił. Czułam się spełniona. 

~*~

Proszę, oto nowy rozdział. Mam nadzieję, że nie czekaliście długo i jacyś czytelnicy jeszcze tu są :) Nie zanudzam, zapraszam do komentowania. Fred i Hermiona znowu razem, tak jak planowałam :D!


















































piątek, 6 czerwca 2014

Rozdział 26 ,,Świat jest taki niesprawiedliwy!"


Wyznałam mu miłość?! Czy byłam w nim aż tak zakochana żeby wyznawać miłość? Skąd mogę to wiedzieć, skoro straciłam pamięć. A co jeśli się całowaliśmy?! Przecież nic o nim nie wiem, a on mówi, że jesteśmy parą! Prawda, jest przystojny, ale to nie zmienia faktu, że nic o nim nie wiem. Czemu wszystko musi się tak komplikować?
- Czy my... No wiesz? - jąkałam się niemiłosiernie. Bałam się usłyszeć całej prawdy. A może nie chciałam jej usłyszeć?
- Czy się całowaliśmy? - spytał patrząc się na mnie uważnie. Widocznie próbował odgadnąć, moje uczucia i emocje, które tak bardzo dusiły mnie w środku.
Kiwnęłam głową.
- Tak.
Nie! Przecież bym tego nie zrobiła! Nie mogłabym go aż tak bardzo pokochać! Co się dzieje, czemu mnie to spotyka?!
- Kochasz mnie? -  nie chciałam się o to zapytać, a jednak. Nawet nie wiem kiedy te słowa wypłynęły mi z ust.
Milczał. Oby dwoje milczeliśmy, z taką różnicą, że ja czekałam na odpowiedź. Co jeśli na prawdę mnie kochał? Nie chciałam go ranić. Nie mogłam mu tego zrobić. Ale, co jeśli miłości się nie wybiera? Jeśli znowu by mnie w sobie rozkochał byłoby tak jak dawniej. Być może... Teraz jestem całkiem inną osobą, nic nie wiem o sobie, ani o nim! Nie zapędzaj się, Hermiono! Nie wiesz, co może Ci odpowiedzieć.
- Możemy o tym nie mówić? - zamiast odpowiedzi usłyszałam pytanie.
- Dlaczego?
- Nie chcę o tym teraz rozmawiać. - powiedział, nie patrząc na mnie. - Nie czas na takie rozmowy...
- A kiedy będzie czas?! - wybuchłam, było mi źle, bardzo źle. Gryzłam się sama z sobą. - Chce poznać prawdę! Dobrze wiesz, że jest mi ciężko!
- Hermiono, musisz mnie zrozumieć. Nie chcę Cię wystraszyć swoim uczuciami. Nie uważasz, że jeszcze za wcześnie? 
Ruszyłam lekko, głową. Przyznałam mu rację, nie mogłam oczekiwać odpowiedzi od zaraz. Zaczęłam się zastanawiać dlaczego akurat mnie musiał spotkać taki los. Zawiniłam czymś? Byłam dla kogoś niedobra? Co zrobiłam nie tak w własnym życiu?! Fred mówi, że nie byłam zła, to fakt miałam charakterek, ale...? Nie! Nie! Nie! To na pewno nie moja wina! Kto mógłby być tak okropny i spowodować utratę wszystkich dotychczasowych wspomnieć i wiedzy o sobie? 
Nagle, nie wiadomo skąd, zaczęłam płakać. Nie wiedziałam dlaczego, po co. Męczyłam się sama z sobą nie wiedząc kim jestem. Świat jest taki niesprawiedliwy!
- Hej, dlaczego płaczesz? - spytał rudzielec. Słyszałam przerażenie w jego głosie, ale nie przejęłam się tym. Pewnie nie raz widział jak płaczę.
Nie odpowiedziałam na jego pytanie, wstałam i zaczęłam desperacko chodzić po pokoju. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, czy zawsze taka byłam? Ni stąd, ni zowąd, zapragnęłam czymś rzucić. Pierwsze co przyszło mi namyśl, to jakaś torba, ewentualnie kufer. Spod łóżka ,,wyfrunął" kufer, nie wiele myśląc pomyślałam, że rzucę nim o ścianę. Kufer trzasnął o ścianę, z głośnym hukiem. Spojrzałam zaskoczona na swoje ręce, a potem na ścianę i miejsce gdzie leżał kufer. Stwierdziłam, że nawet nie ruszyłam rękami! To było tak bardzo irracjonalne, że chciało mi się śmiać. 
Spojrzałam na Freda, który wyglądał jakby dostał w twarz. Zaskoczenie na jego twarzy, było nie do odwzorowania. Przestraszyłam się, czyżby było coś ze mną nie tak? Poczułam, że jest mi słabo, słaniając się na nogach, doszłam do Freda i z łoskotem rzuciłam się na łóżko. Zamknęłam oczy i starałam się nie zemdleć z przerażenia jakże i z takowego wycieńczenia. Z pewnością spowodowało to... To coś. Ciekawe jak to w świecie czarodziej nazywają. 
Zmęczenie wygrało.



~*~


Usłyszałam czyjeś głosy, jednak nie byłam skora do otworzenia oczu. Wręcz nie mogłam tego zrobić, jakby coś mnie przed tym powstrzymywało. Czułam ból, niesamowity. Jakby całe moje ciało rozdzierało się na dwie części. Nie mogłam ruszyć rękami, nogami. Tak jakbym bała się poruszyć, lub UMARŁA. Czy to możliwe, że mam aż tak świadomy sen? Wszystko, podobnież odczuwa się o wiele razy mocniej, niż w normalnym życiu. Na dodatek czułam jakbym wirowała, delikatnie w powietrzu. 
- Co się stało? - szepnął ktoś, jednak można było go usłyszeć. Musiałam być blisko niego. Po głosie rozpoznałam, że to chłopak. 

- Dom, w którym była zawalił się a ona jako jedyna została w środku. Jednak zabraliśmy ją tutaj, może jeszcze nie jest za późno. - jak bardzo byłam ważna dla kobiety, która przemawiała? - Idź. Powiemy ci czy da się ją uratować.
Może to było przyczyną utraty pamięci? Byłoby to bardzo rzeczowe i logiczne. Ale, przecież żyję! Czyżby te osoby, użyły zaawansowanej magii (bo na pewno jakaś jest), aby mnie uratować? Co mogłam przez to rozumieć? Za dużo pytań i zero odpowiedzi. 
- Lucjuszu musimy coś zrobić! Dopiero co ją odzyskaliśmy! - krzyczała kobieta, która przed chwilą się o mnie martwiła. Lucjuszem musiał być jej mąż, próbujący przywrócić mnie do żywych. 
-  Enlartsa! - z pewnością było to zaklęcie, tylko brzmiało, jak... Coś w innym języku? Nie wiedziałam jak mogłam sobie to wyperswadować. 
Nie czekając długo, zaczęłam odczuwać skutki zaklęcia. Nie odczuwałam już bólu, w każdym kawałku mojego ciała. Usłyszałam swój oddech, wszystko wróciło do normalnego stanu, oprócz oczu. Dalej nie mogłam ich otworzyć. Wydawało mi się, że ktoś je skleił, tak abym nic nie mogła zobaczyć.
- Co to za zaklęcie? - ktoś znowu przemówił.
- To nie jest teraz ważne. - odpowiedział mężczyzna ratujący mi życie, Lucjusz.
- Chcę aby się do nas przyłączyła, jednakże na razie nie jest jeszcze na to gotowa. Może odeślemy ją do Weasley'ów? Ważne, że już wiemy kim jest nasza córka.
- Jesteś tego pewna? Możemy zacząć życie od nowa, razem z nią. Wystarczy tylko Oblivate. - 

- Tak. 
To musiała być rodzina znająca ludzi, u których mieszkam! Może nawet znali się bliżej niż mi się wydaje?  Oblivate? ,, Możemy zacząć życie od nowa, razem z nią. Wystarczy tylko Oblivate" Skoro zacząć życie od nowa, to mogło by to być zaklęcia nieodwracalnego wymazania pamięci? Usłyszałam tupot stóp, a potem już nic nie słyszałam. Byłam w nicości. 

~*~

Co się z nią dzieje? Dlaczego tak nagle zemdlała? I jeszcze ten kufer! Zdawało mi się, że mimo straciła pamięć i dalej była tą samą osobą, wcale tak nie jest. Mogłoby się wydawać, że taka zdolność, przenoszenia przedmiotów jest nienormalna, wręcz dana tylko wybranym. Ale czy tak jest? Może każdy ma w sobie tę moc. Próbowałem ją obudzić, jednak nie udawało mi się to. Chciałem cierpliwie poczekać, ale nie mogłem. Ogarnęła mnie panika.
Jednak na próżno, bo Hermiona otworzyła oczy. Spojrzała na mnie pytającym i żądającym wyjaśnienia wzrokiem, a ja odpowiedziałem jej tym samym. Każdy z nas inaczej myślał, nie wiedzieliśmy wzajemnie, o co każdemu z osobna chodzi.
- Kto to Lucjusz? Co było przyczyną spowodowania mojego wypadku i utraty pamięci? Co to za zaklęcie Enlardsa? - Hermiona zasypywała mnie pytaniami, a ja nie wiedziałem co jej odpowiedzieć.
- Poczekaj opowiedz wszystko od początku. 
Opowiedziała mi jak przyśnił jej się dość dziwny sen. Mogła tylko słyszeć nie widzieć. Mówiła o Lucjuszu i o zawaleniu się domu. Istotną rzeczą było również zaklęcie wypowiedziane przez mężczyznę, dzięki któremu powróciła do nas. 
- Lucjusz jest to ojciec Dracona Malfoy'a, jesteście na jednym roku w Hogwarcie. Tylko on należy do domu Slytherina, a ty do Gryffindoru. Jego matką jest Narcyza Malfoy, kobieta, która w śnie się o Ciebie zamartwiała. Nie znam tego zaklęcia, Hermiono. Pierwszy raz je słyszę.
- A co oznaczał mój sen? Czy to zdarzyło się na prawdę? - dopytywała się. Niestety ja mogłem tylko przypuszczać co to znaczyło.
- Trzy tygodnie temu, zawalił się dom, w którym wcześniej przebywaliśmy. Ty jako jedyna zostałaś w środku. Potem kiedy się zorientowaliśmy, że cię nie ma, zjawili się właśnie oni... Narcyza i Lucjusz... - niedane mi było dokończyć.
- Razem ze Śmierciożercami? Poplecznikami Sam-Wiesz-Kogo, prawda? Wiem o co chodzi w tej kwestii. 
- Skąd? - ledwo co wypowiedziałem to jedno słowo.
- Powoli zaczynam sobie przypominać, Freddie.
Zaskoczyła mnie, nawet nie wiedziała jak bardzo. Czyżby jeden sen mógł przywrócić tak wiele wspomnieć? Przecież to to cztery lata udręki z Czarnym Panem i  przez może pół godziny przypomniała sobie to? Przecież wokół tego krążyło jej życie.
- Dokończ co zacząłeś mówić.
Odetchnąłem głęboko - Wtedy oni cię właśnie zabrali, a my nic nie mogliśmy zrobić, bo...
- Harry'emu groziłoby niebezpieczeństwo, prawda? Od lat prawda? 
Znowu zbiła mnie z pantałyku. Cholera! To istny cud!
- Tak. A potem jak gdyby  nigdy, nic wróciłaś do nas.
- Cóż, chociaż tyle wiem o sobie. 
- Co jeszcze sobie przypomniałaś? - spytałem, sądząc, a raczej mając resztkę nadziei, że wie kim jest do końca.
- Wiem kto spowodował wypadek, oraz początek mojego życia. Pierwszy list z Hogwartu i to zdziwienie w oczach moich rodziców. 
- Hermiono nawet nie wiesz jak się cieszę! - z przypływu nagłych emocji, zagarnąłem ją w swoje ramiona i mocno przytuliłem. Tak bardzo mi tego brakowało.
- Ja bardziej. 
Odsunęła się ode mnie i spojrzała głęboko w oczy. Ja zapomniawszy uprzednio, że nie mogę patrzeć w jej piękne oczy, zgubiłem się. Nie wiedziałem co począć. Zauważyłem, że nasze usta się zbliżają. Dzieliły nas milimetry i w końcu stało się to czego pragnąłem. Nasze usta złączyły się w namiętnym i gorącym pocałunku, jak nigdy. Nawet wtedy gdy wyznawaliśmy sobie miłość, nie było tak jak teraz. Wewnętrznie rozpalał mnie żar, pragnąc więcej, co z pewnością było widać na zewnątrz. Widać było, że Hermionie też się się to podoba, więc brnąłem dalej. 
Jednak nie trwało to długo, bo Hermiona niespodziewanie się ode mnie odkleiła. Spojrzała na mnie i po chwili wybiegła z pokoju. 
Co znowu zrobiłem nie tak?

~*~

Dlaczego to zrobiłam? Przecież nie chciałam żeby tak się stało! Ale mimo to nie protestowałam, to też było faktem. Nie zważając na to jak biegnę po schodach, nie umyślnie się potknęłam i turlając się po schodach, próbując się zatrzymać spadłam, na płytki. Zrobiło mi się słabo, jednak opanowałam ból i się podniosłam. Jednak nie przewidziałam tego, że usłyszę trzask w kręgosłupie i zmieni się całe moje dotychczasowe życie. Za bólem w kręgosłupie zobaczyłam jakby moje życie przeleciało mi przed oczami. Natłok głosów, dźwięków i wydarzeń stał się nie do wytrzymania. 
Przegrałam walkę, upadłam na posadzkę.


~*~

Ajajaj! Jak długo mnie tu nie było, jakby minęła wieczność. Ostatni rozdział zbierał się w kwietniu, a dokładniej 26. No cóż potrzebowałam sporego odpoczynku. Wiem, bardzo tragiczny ten rozdział, same wypadki! Ale to jeszcze nie koniec, także trzymajcie kciuki i do następnego :3!
+ Małe wyjaśnienie.
*Enlartsa- to inaczej kropla astralna. Czytane od tyłu daje ,,astralne". 

sobota, 26 kwietnia 2014

Rozdział 25 ,,...moją bratnią duszą"


Dlaczego to spotkało akurat mnie?! Zasłużyłem sobie na to?! Nie pamiętała mnie, a co gorsza nie kochała. Wiedziałem tylko, że byłem w jej śnie. Oby to był dobry znak, nie chcę żeby pomyślała, że jestem kimś zupełnie dla niej obcy. Wiedziałem, że teraz mogę szukać wsparcia tylko i wyłącznie u George'a. Był dla mnie bardzo ważnym członkiem rodziny, moją bratnią duszą. Wyszedłem z pokoju, chciałem znaleźć George'a. Liczyłem na to, że on mi pomoże. George, był w ogrodzie. Rozmawiał z Ginny, która nie wyglądała za dobrze. Podpuchnięte oczy, niedbałe ubranie, oraz jej ręce przypominające trzęsienie się ziemi. Westchnąłem tylko i podszedłem do brata.
- George, możemy porozmawiać? - spytałem cicho. Od paru dni, nie mogłem mówić normalnie jak zazwyczaj. Zdziwiłem się, wszyscy mówili tak jak powinni. Ale co mogłem zrobić?
Ten widząc w jakim jestem stanie, kiwnął głową. Rzucił Ginny ,,Trzymaj się." I skierował się ze mną do naszego pokoju. Usiedliśmy na swoich łóżkach.
- Dlaczego nic nie pamięta? - spytałem George'a po chwili. - Uderzenie nie mogło być tak silne. Nasz brat to wątły gówniarz!
- Uderzyła o blat, czego mogliśmy się spodziewać? - odparł bliźniak, zarazem pytając.
- Urazu, a nie utraty pamięci. - zdefiniowałem krótko.
- Fred, wiem, że jest ci ciężko. Kochasz ją, a ona kochała ciebie. Nic do stracenia.
- Właśnie George. Kochała, nie wiadomo czy pokocha. - szepnąłem cicho.
Teraz po stracie pamięci może być całkiem inną osobą. Kto wie czy drugi raz pokocha tego samego człowieka? Hermiona przez utratę pamięci, może zmienić wszystkie poglądy, jakie wcześniej wygłaszała. Nie musi już zatracać się w książkach, tak samo jak być nieśmiałą osobą. Mam nadzieję, że nie wpłynie to też na jej charakter. Mogłoby to poskutkować zmianą domu w Hogwarcie.
- Gdzieś w głębi na pewno coś do ciebie czuje. Musimy pomóc jej przełamać blokadę. - powiedział George, uważnie badając mnie wzrokiem. Chciał wiedzieć jak zrozumiem te słowa.
Blokadę? Czyżby George, miał na myśli, że Hermiona ta, którą tak dobrze wszyscy znamy, jest jeszcze z nami, tylko jakieś wspomnienie, myśl, lub coś niedokończonego nie pozwala jej na bycie sobą? Może gdyby pokazać jej, uświadomić jak dla nas jest ważna, wróciłaby do nas?
- Masz na myśl, że gdyby Hermiona nas bliżej poznała wszystko by wróciło do normy?
George spojrzał na mnie przenikliwym wzrokiem. Myślał o tym samym, ale znalazł nowy sposób.
- Tak. - przytaknął. - Jednak nie powinna poznać nas wszystkich. Na początek powinieneś być to ty. Na osobę, którą kochała zareaguje najlepiej. Potem Harry, Ron, Ginny i ja.
Na dźwięk imienia Ron zagotowało się we mnie. Ale George miał rację. Skoro nic nie pamiętała to być może Rona może uznać za przyjaciela.
- Spróbuję George. - powiedziałem i wyszedłem z pokoju, kierując się do pokoju obok.
Zapukałem cicho do drzwi. Po chwili usłyszałem ciche ,,Proszę" i już wchodziłem do środka.
Na łóżku leżała dziewczyna, o której przed chwilą rozmawiałem z George'm.
- Jak się czujesz? - spytałem podchodząc do niej.
Uśmiechnęła się i wskazała na miejsce obok siebie.
- Wszystko w porządku, nie musisz się martwić.
- Nie chcę cię męczyć, ale... Przypomniałaś sobie coś? - spojrzałem na nią, próbując wyczytać coś z jej pięknych, brązowych oczu. Na próżno.
Starałem się od nich oderwać, ale nie mogłem. To było silniejsze ode mnie. Kiedy w nie spoglądałem zawsze w nich tonąłem. Zdarzało mi się to coraz częściej, od kiedy się w niej zakochałem. Dlaczego tak się działo? Nie wiedziałem.
- Nie. Opowiesz mi coś o mnie? - spytał pośpiesznie, pełna ciekawości.
Tak to z pewnością ta Hermiona, którą znamy.
- No cóż... Jesteś inteligentna, mądra, piękna, zabawna, dowcipna, przyjacielska, ambitna, bystra, cierpliwa, czuła, kochana, delikatna, dobra, energiczna, miła, nieśmiała, niezależna od innych, obowiązkowa, odpowiedzialna, odważna, olśniewająca, pełna życia, pilna, niekiedy pewna siebie... Dużo by wymieniać. Pracowita, przyjemna, punktualność, to twoja najważniejsza cecha. Zawsze przychodziłaś na czas. Co jeszcze mógłbym o tobie powiedzieć? Rozmowna, samodzielna, niekiedy potrzebujesz czyjegoś wsparcia. Czasami myślisz tylko o dobru innych,ąż za bardzo.Skromna, słodka, stanowcza, zdarza ci się być surową osobą. Jest tego jeszcze więcej...
- Ciekawe, mów dalej. - powiedziała Hermiona i uśmiechnęła się do mnie jeszcze szerzej.
- A więc... Sympatyczna, szczera, tolerancyjna, jednakże nie do przesady. Jesteś uparta, jak postawisz na swoim to koniec. Uprzejma, urocza, urzekająca, czarująca, utalentowana. wdzięczna, wrażliwa, wspaniała, wyrozumiała.
- Dlaczego mówisz o mnie w samych superlatywach? Ani jednej wady? - spytała zaskoczona. - Piękna, kochana, olśniewająca, słodka, urocza, urzekająca, czarująca? Nie sądzę bym taka była. 
- Ależ jesteś. Wiem co mówię. Większa połowa Hogwarckich chłopców, wymieni połowę twoich cech. Oczywiście w dobrym znaczeniu. 
- Jak na ciebie mówię? 
- Fred, Freddie. - odparłem. Czy mogło być to dla niej takie ważne?
- Więc Freddie, opowiedz mi coś o sobie. - zaskoczyła mnie. Czyżby chciała mnie bliżej poznać?
- Na prawdę muszę? - spytałem robiąc minę słodkiego psiaczka. Nie lubiłem mówić o sobie. Zawsze byłem gorszy od innych i za takiego się uważałem. 
Hermiona zachichotała. W końcu uległem, pod jej błagalnym spojrzeniem. 
- Cóż... W Hogwarcie uważają mnie za żartownisia, jednego z najprzystojniejszych od czasów Huncwotów. - spojrzałem na nią, z pytającym spojrzeniem. Chciałem wiedzieć czy tłumaczyć jej kim byli Huncwoci. Ona tylko kiwnęła głową, na znak, że nie. - A tak na prawdę jestem... Trochę arogancki, ciekawski, denerwujący, dowcipny, zdarza mi się bycie dumnym, urażając tym innych. Energiczny, gadatliwy, ironiczny. Muszę się wykłócać, o to co mi nie pasuje. Lekkomyślny, leniwy, zbyt pewny siebie...
Nie dokończyłem bo szatynka mi przerwała. 
- Nie, wcale tak nie jest. Tutaj przede mną, jesteś skromny, mało rozmowny. Mówisz dopiero wtedy jak cię o to poproszę. Jakbyś się mnie bał, albo czekał na przyzwolenie. Skoro mówisz, że jesteś największym żartownisiem w Hogwarcie, to co prawda nie musisz być obowiązkowy, co za tym idzie oceny nie są wybitne, ale dobre. Pełen życia, przyjemny, miły. Z pewnością jesteś mądry i inteligentny, cierpliwy. Sympatyczny. Mam wrażenie, że jesteś też uparty, bo sądząc po twoim nastroju wcale być tu nie przyszedł gdyby nie ja. Mam racje? 
Nie wiedziałem co jej powiedzieć. Mimo, że straciła pamięć, znała mnie na wylot. George miał rację nie wszystko jest stracone!
- Tak... Straciłaś pamięć, a jednak wiesz o mnie więcej niż własna matka. 
- Mam dziwne wrażenie, że jesteś dla mnie kimś więcej niż tylko przyjacielem. Ginny, Ron, George, nie przyszli jeszcze tutaj ani razu. Za to ty nie dajesz mi spokoju. Powiedziałeś mi, że łączy nas więcej niż tylko przyjaźń. Więc co?
Serce mi zamarło. Czy ona w ogóle straciła pamięć?! Cały czas czuję jakby była tą samą Hermioną co zawsze! Nic, a nic się nie zmieniła! Jak to możliwe, że kierując się tylko i wyłącznie wrażeniem i uczuciami potrafi powiedzieć o mnie więcej niż ja sam?! Chyba zwariowałem, ale przez to jeszcze bardziej ją kocham. Co jej odpowiedzieć? Mam powiedzieć, że jesteśmy parą, ja kocham ciebie, a ty mnie? Zbyt oklepane i zbyta banalne. Jak ona na jakąkolwiek wersje zareaguje? Mimo wszystko domaga się odpowiedzi i powinna ją znać cokolwiek się stanie.
- Zanim straciłaś pamięć, w tym samym dniu wyznałem ci miłość. Zostaliśmy parą, a potem miałaś już ten wypadek.
- Wyznałeś mi...  Co? - spytała rozkojarzona i zaskoczona. 
Wiedziałem, że tak się stanie. 
- Miłość. Wyznałem ci miłość. I ty zrobiłaś to samo. 

~*~

Cześć i czołem!
Rozdział jak obiecałam pojawił się jeszcze w tym tygodniu. Co prawda późno, ale lepiej późno niż wcale. Wyszedł mi fatalnie, zupełnie nie tak jak chciałam. Wydaje mi się krótszy niż zazwyczaj i jakże oklepany. 
Pozdrawiam wszystkich czytelników mojego bloga i zachęcam do komentowania! ;*

~Tymbarkowa  

wtorek, 15 kwietnia 2014

Rozdział 24 ,,nie odstępowała na krok książek"


Stałam przed bardzo dziwnym domem. Wielki, potężny budynek,który mógł się nie długo rozpaść na części. Dom ten, miał trzy piętra i jedno wielkie poddasze. Dach był jakby różowo-bordowy. Po podwórku ganiały się kury, ale to nie było wszystko. W rogu ogródka stał jakiś stary samochód, zapewne nie nadający się do użytku. Ciekawiło mnie to, czy w tym domu jest coś co chociaż trochę przypominałoby ogród, bo dobrze by było posiedzieć, w tak ciepłe dni na dworze. W końcu jak dowiedziałam się od bardzo miłej kobiety, a dokładniej Molly Weasley, właścicielki tego domu, miałam tutaj spędzić resztę wakacji. Kobieta była niska, pulchna, jednak nie gruba. Ale istotnym faktem było to, że miała rude włosy. Może to był zbieg okoliczności, ale pomyślałam, że to ma jakiś związek z moim snem. Chłopak też był rudy.
Dzisiaj rano zostałam wypisana ze szpitala i od razu trafiłam do rąk tej kobiety. Nie wiedziałam kim dla mnie była, jednak czułam, że jest dobrą osobą. Usłyszałam, jak lekarz mówił do rudowłosej kobiety, że straciłam pamięć. Najgorsze było to, że nie wiedzą kiedy wróci. Obawiałam się, że nigdy nie dowiem się kim jestem. Jak każdy chciałabym mieć normalne życie takie jak wcześniej, bo jakieś na pewno miałam, prawda? Kobieta zdążyła mi powiedzieć, że uczęszczam do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Wytłumaczyła mi, że jestem czarodziejką, która nie odstępowała na krok książek. Zdziwiłam się. Czy byłam aż tak dobra w czarach? To się jeszcze okaże. Innymi dobrymi informacjami było dla mnie to, że dowiedziałam się jak mam na imię. Hermiona, Jean Granger. Dodatkową rzeczą, która się wyjaśniła był sen. Chłopak musiał mnie znać, bo skąd znałby moje imię? Moi rodzice to mugole, czyli nie magiczni ludzie. Uśmiechnęłam się, po raz pierwszy tego dnia. Nareszcie! Nie wszystko pozostaje zagadką. Oby tylko pamięć wróciła do końca wakacji... Nie chcę żyć, tak jakbym musiała zaczynać wszystko od nowa. Deportowaliśmy się pod dom, w którym miałam zamieszkać. I tak oto, teraz mu się przyglądam.
- Kochanieńka mam nadzieję, że twoja pamięć powróci. Witaj w Norze. - powiedziała pulchna kobieta i uśmiechnęła się szczerze.
Odpowiedziałam jej tym samymy i przekroczyłam próg Nory. Zaparło mi dech w piersiach. Dom był niezwykły! Piękny duży salon, z wielką kanapą i fotelami, jadalnia z widokiem na polanę i las w oddali. Kuchnia również była piękna. Ale najbardziej zainteresował mnie zegar, z twarzami za pewne jej synów, męża i córki. Zegar ten wskazywał miejsce, w którym znajdowały się jej dzieci. Byłam zafascynowana tym miejscem, nigdy nie widziałam czegoś tak niesamowitego! Przecież, nie pamiętasz niczego, więc jak mogłaś to widzieć... Jednak wydawało mi się, że musiałam tutaj być, bo skąd znałaby mnie ta kobieta?
- Hermiona wróciła! - wykrzyknęła, a ja usłyszałam tupot stup na schodach.
W tym momencie ukazały mi się cztery rude czupryny! Byłam w szoku! Czy tutaj cała rodzina była ruda? Prawdę mówiąc, od razu kiedy ich zobaczyłam stwierdziłam, że podobają mi się ich czupryny.
Spojrzeli na mnie wyczekującym wzrokiem. Chyba już wiedzieli, że straciłam pamięć. Ja tylko się uśmiechnęłam jednak po chwili zbladłam... Chłopak w moim śnie... Był tutaj! Tylko, że było ich aż dwóch! Stali obok siebie, jeden wpatrywał się we mnie, a drugi miał spuszczony wzrok. Pierwszy chłopak był wyższy od drugiego zaledwie parę centymetrów. Od razu poznałam, że to nie on. Chłopak z mojego snu miał ciemniejsze oczy. Piękne, czekoladowe oczy. Niestety, nie mogłam zobaczyć oczu drugiego chłopca bo miał spuszczoną głowę. Obok stał niższy chłopiec. Brązowe oczy, chyba w moim wieku. Nie zainteresował mnie zbytnio, bo po jego lewej stronie stała długowłosa, ruda osóbka. Była najmniejsza z nich wszystkich, jednak z wyglądu byli bardzo podobni. Widać było, że są rodziną.
- Pamiętasz ich? - odezwała się kobieta, która przyprowadziła mnie tutaj.
Spojrzałam na nich i zauważyłam, że chłopak, który miał spuszczoną głowę podniósł ją tak, że mogłam spojrzeć mu w oczy. Tak! To był on! Chłopak, z którym rozmawiałam  śnie.
- On wydaje mi się znajomy... - wskazałam lekko palcem, na drugiego chłopaka, a jego oczy zaszkliły się blaskiem i zaczęły w nich skakać wesołe ogniki. - To chłopak z mojego snu.
Nagle jego twarz zmieniła się. Znowu stał się smutny i jakby odpłynął gdzieś daleko. Czyżbym sprawiła mu jakąś większą przykrość niż powinnam?
- Może Ci ich przedstawię... Mam siedmioro dzieci, z czego czwórka tutaj mieszka. Bill, Charlie, Percy, są najstarsi. George i Fred, są zaraz po nich. - wskazała kobieta palcem najpierw na pierwszego chłopaka, a potem na tego obok. - Ron, chodzi z tobą do klasy. A to Ginny, moja jedyna córka.
Uśmiechnęłam się do nich wszystkich, jednak oni nie podzielali mojego entuzjazmu. Musiałam być dla nich bliską osobą, bo nieznajomi by tak nie zareagowali. Patrzyłam się na nich na próżno próbując sobie coś przypomnieć. Westchnęłam cicho i spuściłam głowę. Było mi przykro, widząc ich puste oczy, brak uśmiechu. Doszłam do wniosku, że musieli mnie bardzo dobrze znać. Może nawet byliśmy gdzieś daleką rodziną? Teraz pozostaje mi tylko zdać się na ich pomoc, a przede wszystkim pamięć. Czekałam tylko aby ktokolwiek z nich się odezwał choćby słowem. Nie wiem ile tak staliśmy w milczeniu, ale czułam, że trwa to za długo. Chciałam to przerwać, lecz nie wiedziałam jak. Ku mojemu zdziwieniu, odezwała się rudowłosa dziewczyna o imieniu Ginny.
- Chodź Hermiono, pokażę Ci twój pokój.
Weszła po schodach na górę, a ja powlokłam się za nią.
Tak na prawdę nie wiedziałam co mnie czeka w całkiem nowym świecie. W prawdzie, wszystko było dla mnie nowe, tajemnicze, bez rozwiązania. Jednak myśl, że z czasem będzie lepiej dawała mi jakiekolwiek pocieszenie. Tylko, jak długi mógłby być ten czas?
Na piętrze było dużo pokoi. Po lewej stronie trzy, a po prawej dwa. Pierwszy pokój po lewej stronie miał tabliczkę z napisem Ginny, następny Ron. Wyglądało na to, że 3 pokój był niezamieszkany. Po prawej stronie zaś, był pokój Freda i George'a, oraz kolejny pusty pokój. Hol koloru beżowego, idealnie kontrastował z jasnymi, drewnianymi drzwiami. Uśmiechnęłam się w duchu na myśl, że spędzę tutaj dużo czasu.
- Możesz wybrać, który chcesz. - Ginny uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie.
Zastanowiłam się chwilę. Stwierdziłam, że po prawej stronie będzie mi lepiej mieszkać, gdyż Fred i George wyglądają na zabawnych, ale nie odebrałam jakiegoś negatywnego i złego zachowania z ich strony. Cóż, pozory często mogą mylić, jednak ja poszłam na żywioł.
- Wezmę te po prawej. - wskazałam na pokój i zamrugałam parę razy. Obok mnie pojawił się jeden z bliźniaków. Od razu stwierdziłam, że to Fred.
- Pomogę ci. - powiedział prawie nie słyszalnie.
Ja tylko westchnęłam i poczłapałam za nim do mojego nowego pokoju. Fred postawił moją walizkę obok łóżka a ja zaczęłam się rozglądać. Pokój, jak pokój. Kolor był taki jak w holu, okno, łóżko z niebieską narzutą, komoda, szafa i toaletka. Po prawej stronie były drzwi do łazienki. Uśmiechnęłam, się i stwierdziłam, że na dole będę musiała tylko jeść. A tak, mam całe królestwo dla siebie. 
- Na prawdę nic nie pamiętasz? - spytał, a ja bałam się odwrócić i mu odpowiedzieć. Czemu mu tak na tym zależało?
- Przykro mi, ale nie. - odparłam, jednak się nie odwróciłam. - Mogę Cię o coś spytać? 
Odwróciłam się. Chciałam wiedzieć co nas łączyło. Przyjaźń, czy kochanie? 
Kiwnął tylko głową, a ja odetchnęłam głęboko i zebrałam w sobie odwagę. 
- Miałam sen. Byłeś w nim ty, Fred. Wydawało mi się... Jakbyśmy.. No... Byli kimś więcej... - jąkałam się niemiłosiernie. Dlaczego nie mogłam się w prost zapytać? 
- Co masz na myśli? 
Zdenerwowałam się. To chyba z tych nerwów. No dalej Hermiono! Dasz sobie radę. 
- Łączy nas coś więcej niż przyjaźń? - wypaliłam szybko i spuściłam wzrok. Moje buty wydały się bardzo interesujące. 
Fred nie odpowiedział. Stał i wpatrywał się we mnie jak w obrazek. Nie wiedziałam co sobie myśleć, przecież może nawet nimi nie byliśmy! Och, boże, co za głupota mi się na myśl nasunęła..
- Tak. 
Odpowiedział i tak po prostu wyszedł. Co miałam sobie pomyśleć? Krótka, ale niezbyt treściwa odpowiedź. Postanowiłam, że się prześpię i potem pomyślę. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień. Podeszłam do łóżka i wtuliłam się w miękką i pachnącą różami poduszkę. Nie upłynęło dużo czasu a odpłynęłam w głębokie krainy snu. 

~*~

Wow! To już 24 rozdział na tym blogu. Nie mogę w to uwierzyć. Rok temu, zaczynałam i stawałam na 4 rozdziałach mówiąc sobie, że nie dam rady. A tu taki niespodziewany zwrot akcji. 
Dzisiaj wchodzę na bloggera, a tutaj 1717 wyświetleń! Dziękuję wszystkim, którzy komentowali, wchodzili i czytali moje wypociny, mimo, że nie skomentowali. 
Dziękuję między innymi: 
~Crystaleth,
~Narcyzie,
~Tonks Gryfonce.
Tutaj są osoby, które ostatnio komentowały. Jeśli kogoś pominęłam to przepraszam. 
Podziękowania należą się też anonimą, bo pojawiły się tutaj takie komentarze.
Wiem, kolejny krótki rozdział. Jednak chcę aby ten blog potrwał jak najdłużej i muszę was podtrzymać w napięciu :).
Komentujcie!

Pozdrawiam.
~Tymbarkowa.

sobota, 12 kwietnia 2014

Rozdział 23: ,,Hermiona, moja ukochana Hermiona..."


Co się mogło jeszcze stać? Czemu to tak długo trwa? Dlaczego jest na operacji?! Widziałem jej ranę, to było rozcięcie, chociaż krwi było dużo. Może tylko zszywają rozcięcie? Chciałem się uspokoić jednak nie mogłem. Wszystko już się układało tylko, mój głupi brat musiał się wtrącić! Mógł się o nią starać, póki nie pokochała mnie... W ogóle od kiedy on żywi do niej takie uczucie? 
Gdyby się dłużej i dogłębniej zastanowić, można by stwierdzić, że od czwartego roku w Hogwarcie, parę miesięcy przed Balem Bożonarodzeniowym. Jak mogłem tego nie zauważyć? 
I kolejny problem. To wszystko przeze mnie! Mogłem wcześniej zareagować! Teraz miałbym ją przy sobie, nie bojąc się, że ktoś nam przeszkodzi albo znowu ją chwilowo stracę. Tak jak wtedy, gdy nasz dom się zawalił. Tylko ona została w środku, a to na niej mi najbardziej zależało. I znowu sytuacja się powtarza. Nie chcę jej tracić zwłaszcza teraz, kiedy już jesteśmy razem... Kocham ją do szaleństwa i nie mogę przestać o niej myśleć! Czuję się jakbym unosił się trzy metry nad niebem, a nawet wyżej. Nie wyobrażam sobie mojego dalszego życia bez niej. Zupełnie straciłem głowę dla dziewczyny, która wcześniej była tylko przyjaciółką mojego młodszego brata. Wtedy kiedy jeszcze tak dobrze się nie znaliśmy, była bliżej z George'm niż ze mną. Cieszę się, że mogę ją co dziennie ją poznawać i odkrywać na nowo. Hermiona jest wyjątkową osobą i każdy powinien ją doceniać i wielbić, każdego dnia. Dziwię się, że do tej pory nie miała żadnego chłopaka. Jest piękna, mądra, inteligentna, poczucia humoru jej nie brakuje. Fakt, czasami zatraca się w nauce, zapominając o całym otaczającym ją świecie, jednak nie mam jej tego za złe. Rozumiałem to, że lubi się uczyć, najwidoczniej tak odpoczywa. Ale teraz nie kiedy już ją mam przy sobie nie oddam jej nikomu. Chce się nią nacieszyć, jednak również nie przeszkadzać wtedy kiedy będzie chciała porozmawiać z innymi. Muszę dać jej swobodę, aby nie wyjść na egoistę czy zazdrośnika, który od razu gdy z kimś porozmawia oskarży ją o zdradę. 
Kiedy tak rozmyślałem podszedł do mnie lekarz. Spojrzałem na niego z nadzieją, że wszystko w porządku, jednak nie mogłem odczytaj jego wyrazu twarzy.
- Wszystko powinno być dobrze. Dopiero jutro może ją pan odwiedzić. Jak na razie musi odpocząć.
Pokiwałem tylko głową i deportowałem się do domu. Mogłem już tylko czekać. Wiedziałem tylko, że wszystko jest dobrze, chociaż stu procentowej pewności nie miałem. 

~*~ 

Miałam dziwny sen. Przed moimi ukazywała się polana, z pięknymi, kolorowymi kwiatami, w około pełno drzew, a przede mną stoi wysoki, rudowłosy chłopak, o brązowych tęczówkach. Był przystojny i to bardzo. Miałam wrażenie, że już go gdzieś widziałam, jednak nie mogłam sobie przypomnieć kim jest. Czyżbym go znała? Kiedy mnie zobaczył podbiegł do mnie i wziął mnie w ramiona. Ja zaskoczona, spojrzałam mu w oczy, a w nich zobaczyłam radość, ciepło, troskę, miłość. On natomiast dalej nie zważając na moje spojrzenie, tulił mnie dalej. Mimo to, że go nie znałam było mi wspaniale. Ciepło emanujące od niego i jego piękne oczy wpatrzone we mnie. Teraz gdy tak trwaliśmy w ucisku, nie chciałam aby ta chwila się zakończyła. Jednak kiedyś musiało się tak stać. Jak na zawołanie, chłopak oderwał się ode mnie. Spojrzałam na niego pytającym wzrokiem, jednak on najwidoczniej tego nie zauważył. Przybliżył swoją twarz do mojej. Zrozumiałam, że chce mnie pocałować. Znaliśmy się aż tak dobrze, że moglibyśmy się pocałować? Czy byłam jego dziewczyną? 
Zrozumiałam, że nie mogę go pocałować. Nie znam go! 
Odsunęłam się od niego gwałtownie, rumieniąc się i spuszczając głowę w dół. Nie odważyłam się podnieść głowy, więc czekałam aż usłyszę jego głos. Chciałam aby coś powiedział, cokolwiek.
- Nie pamiętasz mnie? 
Jego głos był aksamitny, gładki i spokojny. Jednakże można było wyczuć nutkę goryczy, strachu. 
- Nie, znamy się? - zebrałam się na odwagę i podniosłam głowę. 
Wtedy gdy usłyszał moje słowa, jego wyraz twarzy zaczął się gwałtownie zmieniać. Wyglądał jakby stracił wszystko najważniejsze co miał. Oczy wyrażały jedną, wielką pustkę. Przestraszyłam się, bo co jeśli byłam dla niego kimś ważnym? 
- Hermiona? - spytał poważnie, jednak głos mu drżał. Za pewne ze strachu.
Spojrzałam na niego, jak na głupiego. Kim była Hermiona? Nie znam żadnej Hermiony! Może mnie z kimś pomylił? 
- Jaka Hermiona? - zapytałam patrząc na niego uważnie. Z każdą sekundą zaczęłam być coraz bardziej ciekawsza niż wcześniej. 
Rudowłosy chłopak spojrzał na mnie. Widocznie stwierdził, że to nie ja jestem osobą, której szuka. Uśmiechnęłam się lekko do niego i zaczęłam się rozglądać. Było lato, powiewał lekki wietrzyk, słońce świeciło. Ale nie mogłam się tym nacieszyć. Chłopak dalej nie dawał mi spokoju.
- Jak masz na imię? - spytał, świdrując mnie wzrokiem. Widocznie bardzo obawiał się mojej odpowiedzi.
Właśnie! Jak mam na imię? Nie zastanawiałam się nad tym. Usiłowałam sobie przypomnieć, cokolwiek z mojego życia, co pomogłoby mi odpowiedzieć na pytanie, zadane przez rudego chłopaka. Pomimo pytania, z jego strony, dla mnie było to tak samo ważne jak dla niego. Nie wiem ile się tak zastanawiałam, może godzinę, więcej? Odważyłam się i odpowiedziałam:
- Nie wiem. 
Wtedy nawet nie zdążyłam na niego spojrzeć, a obraz zaczął się rozpływać. Wszystko w około stało się zamazane i czarne, miejscami nawet białe. 
Obudziłam się cała zlana potem. Nie wiedziałam nawet dlaczego tak się stało. Chciałam się uspokoić jednak nie potrafiłam. Musiałam zapomnieć o tym śnie, bo z pewnością nic nie znaczył. Nie znałam żadnego rudowłosego chłopaka, ale jednak wiedziałam, że być może gdzieś go widziałam. Jednak to mi nie wystarcza. Muszę się dowiedzieć kim on jest. Sen był taki tajemniczy, dziwny, nie spodziewany... Co mógł oznaczać? Przecież doskonale wiem jak mam na imię! Mam na imię... Mam na imię... Czemu nie mogę sobie przypomnieć jak mam na imię? Przecież nie urodziłam się dopiero teraz! Wybudziłam się ze snu, a to co innego. Co się takiego stało, że nie pamiętam swojego imienia?
Rozejrzałam się wokoło i stwierdziłam ponownie, że nie wiem gdzie jestem. W ciemności wszystko wyglądało inaczej, ale wydawało mi się, że jestem w białej sali. Nic więcej nie mogłam dostrzec. Mimo to, że w sali było okno i była pełnia księżyca, ja nic nie widziałam. Przeraziłam się. Gdzie mogłam być? Nie dane mi było się zastanowić ponieważ zasnęłam, oddając się w objęcia Morfeusza.

~*~

Powoli otwierałem oczy. W końcu ostatecznie się obudziłem. Spałbym dalej gdyby nie promienia słońca, wpadające do pokoju mojego i George'a. W ułamku sekundy przypomniałem sobie, co się wczoraj stało. Hermiona, moja ukochana Hermiona, leży w szpitalu, a to wszystko przez tego głupka Rona! I on ma czelność nazywać się moim bratem? Też mi coś...
Przeciągnąłem się i wstałem z łóżka. George nadal spał, a ja nie postanowiłem go budzić. Wziąłem czyste rzeczy i skierowałem się ku łazience. Szybki prysznic, ciuchy już na sobie. Brakowało mi tylko tego łobuzerskiego uśmiechu, który zawsze mi towarzyszył. Ale co miałem poradzić. Uśmiech wróci tylko wtedy, gdy upewnię się, że z Hermioną wszystko w porządku. 
Zszedłem na dół i zastałem tylko moją matkę. Widocznie musiało być bardzo wcześnie skoro, nikogo nie było przy stole. Mama zawsze nad budziła, przy tym karcąc nasze lenistwo. Zawsze z moim bratem bliźniakiem wstawaliśmy najpóźniej w całym domu. 
- Cześć. 
Matka wzdrygnęła się i kiedy się obróciła, uznałem, że coś jest nie tak. Miała podkrążone i podpuchnięte oczy, tak jakby płakała. Czyżby chodziło o Hermionę?
- Mamo co się stało? Płakałaś? Chodzi o Hermionę? - zasypałem ją górą pytań, a odpowiedzi dalej nie usłyszałem.
- Freddie... Hermiona... Bo ona.. - matka nie mogła z siebie wykrztusić niczego. Ja natomiast cały z nerwów gotowałem się w środku.
- No powiesz wreszcie?! - prawie krzyknąłem, trudno było kontrolować mi to co ze mną się dzieje.
- Ona... nas nie pamięta... Nikogo... 
Stałem i patrzyłem na nią, wielkimi, brązowymi, zawsze radosnymi oczyma, które teraz wyrażały kompletną pustkę. Jakby były czarną dziurą. Moja mała, słodka Miona mnie nie pamięta? 


~*~ 

I oto nowy rozdział, mam nadzieję, że się spodoba. Starałam się jednak dla mnie znowu jest za krótki. Dziękuję, za pozytywne komentarze i zachęcam do kolejnych!


~Tymbarkowa.


sobota, 22 marca 2014

Rozdział 22 ,,Jest tutaj (...)"



W końcu wygrałem. Biłem się z własnym bratem, chociaż to ni było żadnym skandalem. Tłukliśmy się od dziecka, tylko nie tak poważnie jak teraz.
Mój brat miał rozciętą wargę, z której sączyła się krew. Na twarzy jeszcze parę wielkich, fioletowych bani. Ja natomiast miałem tylko draśnięcie na policzku. Można powiedzieć, że wyszedłem ,,zwycięsko" z tej walki. A co dziwniejsze, moja matka nie interweniowała. Nawet nie przyszła! Zdziwiło mnie to, ale wiedziałem, że mimo wszystko nie obędzie się bez szlabanu. Bo Ronuś poskarży..
- Idioto! Co ty narobiłeś?! - spytał mi się Ron, próbując zatamować czerwony płyn.
Nie odpowiedziałem mu. Sam sobie zaczynał. W tej samej chwili do pokoju wparowała nasz matka. Świetnie. Dowie się bez żadnego apelu... 
- Ron?! Co Ci się stało?! - wykrzyknęła moja matka, a potem spojrzała na mnie. - Który zaczął?!
Oby dwoje wskazaliśmy na siebie palcem. Widać było, że matka aż płonie od środka. Jednakże, spodziewając się krzyku spytała:
- O co jeszcze poszło?
Zaskoczony tym pytaniem, przez chwilę na nią patrzyłem, jednak ona najwidoczniej czekała na odpowiedź od Rona, bo w niego wtopiła swój przeszywający wzrok. Odzyskałem zdolność mowy i odpowiedziałem:
- Ron powiedział, że jeśli on nie może jej mieć to ja też nie mogę.
Kobieta spojrzała na mnie takim wzrokiem jakby to mnie chciała udusić. A ja tylko chciałem mu pokazać, że jeśli powie coś takiego jeszcze raz to zobaczy co to śmierć. Tak, tak wiem przecież to mój brat. Jednak mówiąc coś takiego o mojej dziewczynie, którą kochałem ponad życie, a teraz leży w ciężkim stanie w szpitalu, to wiedział, że nie wyjdzie z tego bez jednego małego zadrapania. Albo był po prostu naiwny i myślał, że wyjdę i trzasnę drzwiami. Zrobiłem to raz w życiu... Wtedy kiedy odzyskałem ją. Tak, to ona mnie tak zmieniła... Aż trudno uwierzyć...
- Ronaldzie, czy to prawda?!
- Tak. - wybąkał nadąsany chłopak.
- W takim razie, za to, że spowodowałeś nieszczęsny wypadek i teraz jeszcze ta bójka... DOSTAJESZ SZLABAN NA CAŁE WAKACJE! ODDAJ MI MIOTŁĘ! - wrzasnęła Molly.
Pierwszy raz widziałem ją tak zdenerwowaną. Co jak co, ale my z George'm wiele przeskrobaliśmy i jeszcze nigdy tak nie wrzeszczała. Byłem pod wrażeniem.
- I jeszcze oddajesz różdżkę!
Ron spojrzał na nią nienawistnym wzrokiem, ale potulnie jak baranek, oddał i różdżkę i miotłę.
- Co ty sobie myślałeś ją porywać, jeszcze do lasu! Boże w ogóle jak mogłeś porwać dziewczynę, którą znasz od pierwszego roku w Hogwarcie! Jeszcze się z nią przyjaźnisz! Albo przyjaźniłeś, bo ona ci może tego nie wybaczyć... A jeśli to zrobi to jej powinieneś dziękować na kolanach! Jak myślisz co mam powiedzieć jej rodzicom?! Jakiś pomysł?!
Przerwała na chwilę, od tego wszystkiego zrobiła się cała czerwona.
- Mamo... - próbowałem coś powiedzieć jednak ona mnie nie słuchała.
- Powiesz państwu Granger, że to ty wszystko spowodowałeś. I nie interesuje mnie to, że nie masz odwagi, czy to, że mogą cię znienawidzić.
Powiedziawszy to wyszła, trzaskając drzwiami.
- Zadowolony jesteś z siebie?!
Nie odpowiedział mi. Spuścił głowę, nie chcąc na mnie patrząc, albo zrobiło mu się wstyd za to co zrobił. 
Wyszedłem, nie mogłem na niego patrzeć. Musiałem zobaczyć JĄ.

~*~

Zszedłem na dół. Postanowiłem zobaczyć Hermionę, jednak nie mogłem nie powiedzieć mamie gdzie jestem.
- Mamo! Teleportuje się do Munga. 
Jednak nikt mi nie odpowiedział. Czyżby już tam byli?
Postanowiłem się teleportować. Znalazłem się na środku korytarza w szpitalu. Miałem szczęście bo ujrzałem moją matkę wchodzącą do jakiegoś pokoju. Z pewnością tam była Hermiona! 
Uradowany, szczęśliwy poszedłem za nią. Prawie biegłem, jednak kiedy wszedłem do pomieszczenia, zobaczyłem prawie zapłakaną matkę, która stała na pustym łóżkiem. Podszedłem do niej pełen obaw, myśląc tylko aby to co myślę nie okazało się prawdą. Po wypadku jej nie widziałem, a teraz kiedy nadarzyła się okazja, jej tutaj nie było.
- Mamo, gdzie jest Hermiona?
- Nie wiem... Jeszcze parę godzin temu tutaj była! - powiedziała roztrzęsiona. 
Wybiegłem na korytarz i się rozejrzałem. Zobaczyłem pierwszego lepszego lekarza i natychmiast do niego podbiegłem. Musiałem wiedzieć co się z nią stało.
- Panie doktorze!
- Słucham? - odparł uprzejmie lekarz.
- Wie pan co się stało z dziewczyną, która tutaj dzisiaj trafiła?
- Jak się nazywa? - spytał, otwierając neseser, który miał przy sobie. Wyciągnął z niego listę, za pewne pacjentów.
- Hermiona. Hermiona Granger.
- Jest tutaj, ale na operacji. - odpowiedział.


~*~

Proszę oto następny rozdział. PROSZĘ KOMENTUJCIE! :)

~Tymbarkowa.





niedziela, 16 marca 2014

Rozdział 21- ,,LEPIEJ ŻEBY UMARŁA!"


Zastanawiałem się jak on mógł jej to zrobić. Ufała mu, traktowała jak przyjaciela. A on? O mało jej nie zabił! Co go napadło?
- Fred, wszystko będzie dobrze. - usłyszałem czyjś głos na uchem. Był to mój brat bliźniak.
- Dlaczego to zrobił?!
- Na prawdę niczego nie zauważyłeś? Czy może wiedziałeś, ale ona tobie, także przesłoniła oczy?
- Co masz na myśli mówiąc: ,,przesłoniła oczy"? - spytałem podejrzliwie, patrząc na brata.
- Pamiętasz w ogóle, że Ron się w niej buja? - spytał, a ja nagle zrozumiałem wszystko.
- Faktycznie... Wybacz.
- A pamiętasz, że masz brata? - spytał patrząc na mnie, podejrzliwym wzrokiem. Nie wiedziałem czy uznać to za żart, czy prawdziwe, szczere pytanie.
- Oczywiście, że tak! - odpowiedziałem z oburzeniem.
George, patrzył na mnie przez dłuższą chwilę, a potem jak gdyby nigdy nic roześmiał się. Spojrzałem na niego urażonym wzrokiem, a ten spoważniał.
Ja zastanawiałem się, a raczej zamartwiałem co z Hermioną. Rodzice nie pozwolili mi jechać wraz z nimi więc, musiałem czekać. Ale jak mam być cierpliwym skoro, tam jest osoba, na której mi zależy?! Nie mogłem znieść myśli, że ją stracę na zawsze... Nie dałbym sobie rady. Tak bardzo ją kocham i nie wyobrażam sobie ani jednego dnia bez niej. A to wszystko wina Rona. Kiedy on się pojawia, zawsze dzieje się coś złego... A wtedy cierpi Hermiona. Już wiele razy zastanawiałem się dlaczego to jej musi się coś stać a nie mnie.
Nagle do usłyszałem znajomy trzask. Rodzice wrócili!
Wbiegłem jak szalony do pokoju. Moja mama była na skraju wytrzymania, a ojciec miał poważną minę.
- Co z nią?! Wszystko w porządku?! Kiedy wróci?! Kiedy ją zobaczę?! Co jej jest?! Czy to coś poważnego?! - wrzeszczałem jak opętany, jednocześnie próbując złapać oddech.
- Jej stan jest krytyczny. Lekarze walczą o jej życie. Doktor powiedział, że jeszcze nigdy nie widział tak posiniaczonego ciała... - mówiąc to była bardzo smutna i prawie płakała.
Nagle dostałem jakiegoś napadu. Nie wiem co we mnie wstąpiło.
- Gdzie jest Ron?! - wrzasnąłem.
- U siebie w pokoju... Ale Fred...
Nie zdążyła dokończyć ponieważ ja już wpadłem do pokoju Rona. Siedział jakby nieprzytomny, nie zdający sobie sprawy co zrobił.
- Czy to wiesz co narobiłeś?! ONA MOŻE UMRZEĆ! - wrzeszczałem do niego, chcąc wyładować emocje.
- A TY?! JAK MOGŁEŚ! PRZECIEŻ WIESZ, ŻE JEST DLA MNIE WSZYSTKIM! ALE MOŻESZ BYĆ PEWNY! JEŚLI NIE TY Z NIĄ BĘDZIESZ TO I JA TEŻ NIE! LEPIEJ ŻEBY UMARŁA! - wrzasnął, a kiedy usłyszałem te słowa, zacząłem się z nim bić.



~*~

Cześć!
Dawno mnie tutaj nie było.
A dlaczego? Oto powody:
*nie miałam weny. A co dopiero jak usiadłam przed komputerem dopiero wtedy rozpatrzałam, z powodu jakiejkolwiek iskierki weny.
*nikt tutaj nie zaglądał i zaglądać raczej nie będzie.
*nie miałam za wiele czasu..

Rozdział krótki ale jest, chociaż trochę. Nie wiem co dalej z tym blogiem. Jeśli pojawi się chociaż jeden komentarz to coś napiszę, nawet najmniejszą notkę. W końcu byłoby dla kogo. 

+Poprawiajcie mnie, jeśli widzicie jakieś błędy, dawajcie wskazówki dotyczące bloga. Wszystko mi się przyda. 

I JESZCZE JEDNA WIADOMOŚĆ!

Postanowiłam, że stworzę nowego bloga. Tym razem nie będzie to Fremione, ale coś podobnego. Szablon mam już gotowy, blog stworzony, tylko muszę napisać Prolog. Mam nadzieję, że pojawi się jeden mały komentarz. :)

Ps. Pozdrawiam i czekam cierpliwie, na jakiś promyk nadziei ; w postaci komentarza.

~Tymbarkowa.