sobota, 22 marca 2014

Rozdział 22 ,,Jest tutaj (...)"



W końcu wygrałem. Biłem się z własnym bratem, chociaż to ni było żadnym skandalem. Tłukliśmy się od dziecka, tylko nie tak poważnie jak teraz.
Mój brat miał rozciętą wargę, z której sączyła się krew. Na twarzy jeszcze parę wielkich, fioletowych bani. Ja natomiast miałem tylko draśnięcie na policzku. Można powiedzieć, że wyszedłem ,,zwycięsko" z tej walki. A co dziwniejsze, moja matka nie interweniowała. Nawet nie przyszła! Zdziwiło mnie to, ale wiedziałem, że mimo wszystko nie obędzie się bez szlabanu. Bo Ronuś poskarży..
- Idioto! Co ty narobiłeś?! - spytał mi się Ron, próbując zatamować czerwony płyn.
Nie odpowiedziałem mu. Sam sobie zaczynał. W tej samej chwili do pokoju wparowała nasz matka. Świetnie. Dowie się bez żadnego apelu... 
- Ron?! Co Ci się stało?! - wykrzyknęła moja matka, a potem spojrzała na mnie. - Który zaczął?!
Oby dwoje wskazaliśmy na siebie palcem. Widać było, że matka aż płonie od środka. Jednakże, spodziewając się krzyku spytała:
- O co jeszcze poszło?
Zaskoczony tym pytaniem, przez chwilę na nią patrzyłem, jednak ona najwidoczniej czekała na odpowiedź od Rona, bo w niego wtopiła swój przeszywający wzrok. Odzyskałem zdolność mowy i odpowiedziałem:
- Ron powiedział, że jeśli on nie może jej mieć to ja też nie mogę.
Kobieta spojrzała na mnie takim wzrokiem jakby to mnie chciała udusić. A ja tylko chciałem mu pokazać, że jeśli powie coś takiego jeszcze raz to zobaczy co to śmierć. Tak, tak wiem przecież to mój brat. Jednak mówiąc coś takiego o mojej dziewczynie, którą kochałem ponad życie, a teraz leży w ciężkim stanie w szpitalu, to wiedział, że nie wyjdzie z tego bez jednego małego zadrapania. Albo był po prostu naiwny i myślał, że wyjdę i trzasnę drzwiami. Zrobiłem to raz w życiu... Wtedy kiedy odzyskałem ją. Tak, to ona mnie tak zmieniła... Aż trudno uwierzyć...
- Ronaldzie, czy to prawda?!
- Tak. - wybąkał nadąsany chłopak.
- W takim razie, za to, że spowodowałeś nieszczęsny wypadek i teraz jeszcze ta bójka... DOSTAJESZ SZLABAN NA CAŁE WAKACJE! ODDAJ MI MIOTŁĘ! - wrzasnęła Molly.
Pierwszy raz widziałem ją tak zdenerwowaną. Co jak co, ale my z George'm wiele przeskrobaliśmy i jeszcze nigdy tak nie wrzeszczała. Byłem pod wrażeniem.
- I jeszcze oddajesz różdżkę!
Ron spojrzał na nią nienawistnym wzrokiem, ale potulnie jak baranek, oddał i różdżkę i miotłę.
- Co ty sobie myślałeś ją porywać, jeszcze do lasu! Boże w ogóle jak mogłeś porwać dziewczynę, którą znasz od pierwszego roku w Hogwarcie! Jeszcze się z nią przyjaźnisz! Albo przyjaźniłeś, bo ona ci może tego nie wybaczyć... A jeśli to zrobi to jej powinieneś dziękować na kolanach! Jak myślisz co mam powiedzieć jej rodzicom?! Jakiś pomysł?!
Przerwała na chwilę, od tego wszystkiego zrobiła się cała czerwona.
- Mamo... - próbowałem coś powiedzieć jednak ona mnie nie słuchała.
- Powiesz państwu Granger, że to ty wszystko spowodowałeś. I nie interesuje mnie to, że nie masz odwagi, czy to, że mogą cię znienawidzić.
Powiedziawszy to wyszła, trzaskając drzwiami.
- Zadowolony jesteś z siebie?!
Nie odpowiedział mi. Spuścił głowę, nie chcąc na mnie patrząc, albo zrobiło mu się wstyd za to co zrobił. 
Wyszedłem, nie mogłem na niego patrzeć. Musiałem zobaczyć JĄ.

~*~

Zszedłem na dół. Postanowiłem zobaczyć Hermionę, jednak nie mogłem nie powiedzieć mamie gdzie jestem.
- Mamo! Teleportuje się do Munga. 
Jednak nikt mi nie odpowiedział. Czyżby już tam byli?
Postanowiłem się teleportować. Znalazłem się na środku korytarza w szpitalu. Miałem szczęście bo ujrzałem moją matkę wchodzącą do jakiegoś pokoju. Z pewnością tam była Hermiona! 
Uradowany, szczęśliwy poszedłem za nią. Prawie biegłem, jednak kiedy wszedłem do pomieszczenia, zobaczyłem prawie zapłakaną matkę, która stała na pustym łóżkiem. Podszedłem do niej pełen obaw, myśląc tylko aby to co myślę nie okazało się prawdą. Po wypadku jej nie widziałem, a teraz kiedy nadarzyła się okazja, jej tutaj nie było.
- Mamo, gdzie jest Hermiona?
- Nie wiem... Jeszcze parę godzin temu tutaj była! - powiedziała roztrzęsiona. 
Wybiegłem na korytarz i się rozejrzałem. Zobaczyłem pierwszego lepszego lekarza i natychmiast do niego podbiegłem. Musiałem wiedzieć co się z nią stało.
- Panie doktorze!
- Słucham? - odparł uprzejmie lekarz.
- Wie pan co się stało z dziewczyną, która tutaj dzisiaj trafiła?
- Jak się nazywa? - spytał, otwierając neseser, który miał przy sobie. Wyciągnął z niego listę, za pewne pacjentów.
- Hermiona. Hermiona Granger.
- Jest tutaj, ale na operacji. - odpowiedział.


~*~

Proszę oto następny rozdział. PROSZĘ KOMENTUJCIE! :)

~Tymbarkowa.





niedziela, 16 marca 2014

Rozdział 21- ,,LEPIEJ ŻEBY UMARŁA!"


Zastanawiałem się jak on mógł jej to zrobić. Ufała mu, traktowała jak przyjaciela. A on? O mało jej nie zabił! Co go napadło?
- Fred, wszystko będzie dobrze. - usłyszałem czyjś głos na uchem. Był to mój brat bliźniak.
- Dlaczego to zrobił?!
- Na prawdę niczego nie zauważyłeś? Czy może wiedziałeś, ale ona tobie, także przesłoniła oczy?
- Co masz na myśli mówiąc: ,,przesłoniła oczy"? - spytałem podejrzliwie, patrząc na brata.
- Pamiętasz w ogóle, że Ron się w niej buja? - spytał, a ja nagle zrozumiałem wszystko.
- Faktycznie... Wybacz.
- A pamiętasz, że masz brata? - spytał patrząc na mnie, podejrzliwym wzrokiem. Nie wiedziałem czy uznać to za żart, czy prawdziwe, szczere pytanie.
- Oczywiście, że tak! - odpowiedziałem z oburzeniem.
George, patrzył na mnie przez dłuższą chwilę, a potem jak gdyby nigdy nic roześmiał się. Spojrzałem na niego urażonym wzrokiem, a ten spoważniał.
Ja zastanawiałem się, a raczej zamartwiałem co z Hermioną. Rodzice nie pozwolili mi jechać wraz z nimi więc, musiałem czekać. Ale jak mam być cierpliwym skoro, tam jest osoba, na której mi zależy?! Nie mogłem znieść myśli, że ją stracę na zawsze... Nie dałbym sobie rady. Tak bardzo ją kocham i nie wyobrażam sobie ani jednego dnia bez niej. A to wszystko wina Rona. Kiedy on się pojawia, zawsze dzieje się coś złego... A wtedy cierpi Hermiona. Już wiele razy zastanawiałem się dlaczego to jej musi się coś stać a nie mnie.
Nagle do usłyszałem znajomy trzask. Rodzice wrócili!
Wbiegłem jak szalony do pokoju. Moja mama była na skraju wytrzymania, a ojciec miał poważną minę.
- Co z nią?! Wszystko w porządku?! Kiedy wróci?! Kiedy ją zobaczę?! Co jej jest?! Czy to coś poważnego?! - wrzeszczałem jak opętany, jednocześnie próbując złapać oddech.
- Jej stan jest krytyczny. Lekarze walczą o jej życie. Doktor powiedział, że jeszcze nigdy nie widział tak posiniaczonego ciała... - mówiąc to była bardzo smutna i prawie płakała.
Nagle dostałem jakiegoś napadu. Nie wiem co we mnie wstąpiło.
- Gdzie jest Ron?! - wrzasnąłem.
- U siebie w pokoju... Ale Fred...
Nie zdążyła dokończyć ponieważ ja już wpadłem do pokoju Rona. Siedział jakby nieprzytomny, nie zdający sobie sprawy co zrobił.
- Czy to wiesz co narobiłeś?! ONA MOŻE UMRZEĆ! - wrzeszczałem do niego, chcąc wyładować emocje.
- A TY?! JAK MOGŁEŚ! PRZECIEŻ WIESZ, ŻE JEST DLA MNIE WSZYSTKIM! ALE MOŻESZ BYĆ PEWNY! JEŚLI NIE TY Z NIĄ BĘDZIESZ TO I JA TEŻ NIE! LEPIEJ ŻEBY UMARŁA! - wrzasnął, a kiedy usłyszałem te słowa, zacząłem się z nim bić.



~*~

Cześć!
Dawno mnie tutaj nie było.
A dlaczego? Oto powody:
*nie miałam weny. A co dopiero jak usiadłam przed komputerem dopiero wtedy rozpatrzałam, z powodu jakiejkolwiek iskierki weny.
*nikt tutaj nie zaglądał i zaglądać raczej nie będzie.
*nie miałam za wiele czasu..

Rozdział krótki ale jest, chociaż trochę. Nie wiem co dalej z tym blogiem. Jeśli pojawi się chociaż jeden komentarz to coś napiszę, nawet najmniejszą notkę. W końcu byłoby dla kogo. 

+Poprawiajcie mnie, jeśli widzicie jakieś błędy, dawajcie wskazówki dotyczące bloga. Wszystko mi się przyda. 

I JESZCZE JEDNA WIADOMOŚĆ!

Postanowiłam, że stworzę nowego bloga. Tym razem nie będzie to Fremione, ale coś podobnego. Szablon mam już gotowy, blog stworzony, tylko muszę napisać Prolog. Mam nadzieję, że pojawi się jeden mały komentarz. :)

Ps. Pozdrawiam i czekam cierpliwie, na jakiś promyk nadziei ; w postaci komentarza.

~Tymbarkowa.

środa, 12 lutego 2014

Jest tu jeszcze ktoś?


Witajcie!
Tak po długiej przerwie wracam do was, jednak nie wiem czy będziecie zadowoleni.
Rozdział następny niestety nie jest jeszcze gotowy, ponieważ nie mam weny i chęci do pisania. Mimo to, że jest drugi tydzień ferii, ja nie mam ochoty na dalsze pisanie.
Także proszę o cierpliwość, a rozdział być może się pojawi.

Pozdrawiam i życzę wszystkim udanych ferii ;* :)

~ Tymbarkowa

piątek, 17 stycznia 2014

Rozdział 20 ,,... MOJA! TYLKO MOJA!"


Patrzyłem na nich. Całowali się, po tym jak wyznał jej miłość. Widziałem wszystko z okna mojego pokoju. Tak bardzo byłem zły, że uderzyłem nogą w szafę. Widać na niej było lekkie zdeformowanie, jednak nie przejąłem się tym, to nie było teraz ważne.
Po chwili odeszli z mojego pola widzenia, trzymając się za rękę. Hermiona jak zwykle promieniała szczęściem i tryskała energią. Wtedy kiedy prawie odeszła, już na zawsze byłem zły na siebie, że do tego dopuściłem. Byłem bardzo przybity, zdołowany i przez te parę godzin u ciotki, a później w moim domu rodzinnym myślałem, co by było gdybym ją uratował. Jednak nie muszę już zastanawiać się co by było, teraz mam większy problem. Ona i on... Nie wierzę w to! Oni do siebie nie pasują. Lada chwila i ich związek legnie w gruzach. Miona zasługuje na lepszą osobę, a ja myślę, że mogę dać jej wszystko czego pragnie i zostać przy niej na zawsze.

~*~

Nie wierzyłam w swoje szczęście. Gdy szliśmy do domu, patrzyłam na niego jak zahipnotyzowana. Byłam szczęśliwa, i zakochana! W tym momencie liczył się tylko on. Usiedliśmy na kanapie, a ja oparłam głowę na jego ramieniu.  Byłam szczęśliwa, jednak czułam, że to nie potrwa długo. Miałam dziwne przeczucie... Ale teraz starałam się o tym zapomnieć. Przecież go kocham i on mnie też, więc dlaczego ma nam się nie udać? W każdym razie spróbować możemy. Nawet nie wiedząc kiedy zasnęłam, obok niego, na jego ramieniu.

~*~

Siedziałem przygnębiony w swoim pokoju. Po tym jak matka zdecydowała się oddać Hermionę, mimo to, że plan był inny. Miała zostać! 
To Śmierciożercy najprawdopodobniej sprawili, że budynek się zawalił, jednak tego nie mogę być pewien. Planowali to od dłuższego czasu. Chcieli powiedzieć jej kim jest i przekonać ją by została z nimi, a co najważniejsze dołączyła do nich. Ale czemu akurat musieli ją odesłać? Skoro wróciła do świata żywych powinna tutaj pozostać przynajmniej by poznała prawdę i zaczęła się przyzwyczajać. 
Nagle drzwi do pokoju się otworzyły.
- Wszystko w porządku? - spytała się moja matka. Czyżby wiedziała, że jestem zły?
- Tak. - odparłem kłamiąc samego siebie.
Oczekiwałem odpowiedzi, jednak ona nic nie odpowiedziała. Po prostu wyszła i zamknęła drzwi. Zdziwiłem się bardzo. Wydawało by mi się to głupie przychodzić tylko po to by spytać się czy ,,wszystko jest w porządku".
Położyłem się na łóżku i patrząc bezmyślnie w sufit, po chwili zasnąłem.

~*~

- Freddie? - spytałam, jednak po chwili zobaczyłam, że Fred zasnął. 
Leżeliśmy w jakimś pokoju, którego do tej pory nie znałam. Najwidoczniej nigdy tu nie byłam, aż do dzisiaj. Pokój miał fioletowe ściany i panele. Piękne duże łóżko, z białą pościelą, szafa, komoda. Wszystko co powinno znajdować się w pokoju. 
Byłam zdziwiona ponieważ nie spodziewała się tak ładnego pokoju. Nie to, że Nora to tylko stary dom, czy coś w tym rodzaju. Po prostu, nigdy nie byłam tutaj choćby na chwilę, a przecież znają się od 5 lat. 
Postanowiłam, że zapytam się Freda co to za pokój i czy do kogoś należał. Podeszłam do niego i cmoknęłam w czoło. On uśmiechnął się przez sen, tak jakby wiedział, że to ja. 
Wyszłam z pokoju i poszłam do kuchni. Schodząc po schodach poślizgnęłam się na ostatnim stopniu i upadłam. Jednak zdążyłam się podeprzeć na rękach. Zobaczyłam, że w kuchni siedzi Ron. Uśmiechnęłam się ponieważ dawno ze sobą nie rozmawialiśmy, w sensie tak jak przyjaciele. Podeszłam do stołu i usiadłam na przeciwko niego. Jadł kanapki z dżemem. Od kiedy tylko pamiętam rudzielec jadł ciągle i to dużymi ilościami. Zawsze był głodny. W Hogwarcie tak bardzo wyczekiwał posiłków, aż w końcu stawało się to męczące i uciążliwe. Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się. Jednak on spojrzał na mnie z wyrzutem i kpiną, w oczach. Nie wiedziałam o co mu chodzi, dlatego zapytałam:
- Stało się coś?
- Tak. - burknął, obrażony na cały świat.
- Czemu jesteś taki zły? Pokłóciłeś się z Harrym? - dopytywałam się ponieważ byłam ciekawa, co mogło się stać.
- Nie udawaj, że nie wiesz. - warknął. 
Wstałam i podeszłam do blatu kuchennego, spojrzałam w okno i odwróciłam się do niego. 
- Nie wiem, o czym mówisz...- powiedziałam, zastanawiając się co mogłam takiego złego zrobić.
- Jak mogłaś wybrać JEGO! - wrzasnął, podchodząc do mnie. 
Przestraszyłam się. Gdy był tak blisko, myślałam, że zemdleję. 
- O co ci chodzi?! - spytałam, próbując być odważna. Jednakże, to zdanie wypowiedziałam niemalże po cichu. 
- Dlaczego z nim jesteś?! Miałaś być MOJA! TYLKO MOJA! - wrzeszczał jak opętany. 
Złapał mnie za ramiona i zaczął mną potrząsać. Chciałam się wyrwać, jednak był zbyt silny. Ból stawał się nie do zniesienia, zwłaszcza wtedy kiedy upadłam. On pochylił się nade mną i spojrzał na mnie wściekłym wzrokiem.
- Warto było? 
- Tak! - odpowiedziałam, bo w tej chwili było mi już wszystko jedno. Nie bałam się już. 
Ron podniósł mnie i przerzucił przez ramię. Wyniósł mnie z domu i szedł nie wiadomo dokąd. Krzyczałam, żeby mnie puścił, jednak on nic sobie z tego nie robił. Zbliżaliśmy się do lasu, a ja biłam go po plecach, to również nic nie dawało. Mnie bolały ręce, a jego plecy nie. Szkoda, że nie mam przy sobie różdżki! Gdybym ją teraz miała mogłabym mu pogrozić, chociaż tyle. Jednak w samoobronie można używać czarów. Szkoda, że nie mam ucieczki, skoro jedynym ratunkiem jest różdżka. Gdy tak o tym myślałam byliśmy już w lesie. Dalej myślałam o różdżce i stało się coś niewiarygodnego. W mojej dłoni, pojawiła się najprawdziwsza różdżka! Uśmiechnęłam się do siebie i gotowa na upadek, wycelowałam różdżką w plecy Rona. Zamknęłam oczy i powiedziałam: ,,Drętwota!". Rudowłosy chłopak zesztywniał i upadł jak długi na ziemię, niestety wraz ze mną. Upadek był bolesny, jednak nie myślałam o tym długo. Jakoś podniosłam się z gleby i ruszyłam biegiem przed siebie. 
Biegłam w linii prostej, z nadzieją, że zobaczę Norę. W końcu chyba tak tu trafiłam. W końcu po kilkunastu minutach biegu zmęczyłam się. Szłam coraz wolniej z nadzieją, że Ron mnie nie znajdzie. 
Nie wiem kiedy wyszłam na łąkę prowadzącą do Nory, jednak trwało to długo. Przynajmniej mi się tak zdawało. Ledwo doszłam do progu domu, a zobaczyłam Freda, który do mnie podbiega. 
Zdążył w ostatniej chwili, ponieważ już prawie upadałam. Ostatnie to co zobaczyłam i usłyszałam to Fred trzymający mnie w swoich umięśnionych ramionach i jego słowa: ,,Hermiona! Nie odpływaj!". Byłam zbyt za słaba by zrobić cokolwiek.


~*~

Patrzyłem, jak słabnie w moich ramionach. Próbowałem do niej mówić, żeby nie zasnęła, jednak to nic nie pomogło. Widać, że była zmęczona. Chyba nie wiedziała, że ma posiniaczone ręce, których lała się krew. Twarz w siniakach, tyle, że mniej. Przestraszyłem się gdy nie mogłem jej znaleźć. Na początku gdy jej nie znalazłem w domu, pomyślałem, że poszła się przejść. Ale nie było jej trzy godziny! Wziąłem ją na ręce i zaniosłem do pokoju, w którym wcześniej przebywaliśmy. Położyłem ją na łóżku, łóżku czekając aż się obudzi. Ja natomiast usiadłem obok niej.


~*~


Proszę, oto nowy rozdział. Może nie jest najdłuższy, ale jest. Martwi mnie to, że komentuje tylko jedna osoba, której bardzo dziękuję. Crystaleth, gdyby nie twoje komentarze i miłe słowa, skończyłabym z tym blogiem.

Mimo wszystko zapraszam do komentowania :).




niedziela, 5 stycznia 2014

Rozdział 19 - ,, bo czuję, że bez niego mój świat jest tak jakby pusty "


Obudziłam się tylko dlatego, że poczułam jak ktoś mnie szturcha. Otworzyłam oczy i spostrzegłam, że to Ginny. Twarz miała uśmiechniętą, najwidoczniej była z czegoś bardzo zadowolona. Chyba z mojego powrotu do świata żywych.
- Choć na obiad! - powiedziała i wyściskała mnie, a potem od razu wyleciała z pokoju.
Uśmiechnęłam się i zeszłam po schodach na dół.
W kuchni była cała rodzina Weasly'ów. Wszyscy najwidoczniej wiedzieli, że żyję. Podeszłam do stołu i już miałam usiąść, kiedy usłyszałam jak ktoś biegnie z góry. Był to Harry. Na mój widok aż uśmiechnął się szeroko i podbiegł do mnie i przytulił mnie. Widocznie cieszył się, że żyję. Ja sama też się cieszyłam gdyż, nie chciałam w tak młodym wieku żegnać się ze światem.
- Martwiłem się. - powiedział i się uśmiechnął.
Nic nie odpowiedziałam, tylko wyszczerzyłam zęby. Usiedliśmy obok siebie. Obok mnie siedziała Ginny, a obok mojego przyjaciela Ron. Niestety nie byłam zadowolona z tego faktu, że Fred siedział na przeciwko mnie, wraz ze swoim bratem. Starałam się nie zwracać na nich uwagi, jednak było mi ciężko. Zawsze rozśmieszali wszystkich, co zawsze przeszkadzało Pani Weasley, wówczas gdy jedliśmy. Gdy skończyłam jeść, wyszłam na dwór. Był ciepły, słoneczny dzień, w końcu było lato. Uśmiechnęłam się sama do siebie, kolejny raz w tym dniu. Usiadłam na ławce i przymknęłam oczy.
Zastanawiałam się, dlaczego Śmierciożercy zabrali moje ciało. W ogóle po co byłam im potrzebna? A może dalej jestem? Nie wiedziałam czy wszystko ze mną w porządku, ponieważ po rodzinie Malfoy'ów można się było wszystkiego spodziewać. Ale przecież ja też należałam do tej rodziny. Byłam siostrą Draco. I znowu powrócił ten ból... Dlaczego on mu powiedział?! Przecież to miała być tajemnica! W sumie, powiedział to swojemu bratu, chociaż tyle dobrego. Ale co z tego, że powiedział to George'owi?! Wiem, możne chciał się wyżalić, albo po prostu było mu ciężko. Może gdy nadarzy się okazja to go przeproszę? Oby to stało się szybko, bo czuję, że bez niego mój świat jest jakby pusty. To z nim rozmawiałam najczęściej, nawet bardziej niż z Ginny. Brakuje mi go, muszę to przyznać. Mimo tego uczucia, to jest jeszcze jedno... Silniejsze. Chyba go kocham. Myślę o nim ciągle, czasami nawet nie mogę spać. Teraz kiedy spędzał ze mną dużo czasu i chciał ratować po nieszczęśliwym wypadku, zrozumiałam kim dla mnie jest. Już wcześniej to wiedziałam, jedna nie chciałam się do tego przyznać. Tylko czy on odwzajemnia moje uczucia? Co z tego, że chciał mnie ratować i mnie przytulił wtedy kiedy myślał, że nie żyję. To jeszcze o niczym nie świadczyło. Cóż, jeśli on nie czuje tego co ja będę musiała zapomnieć.
Wstałam z ławki i weszłam do Nory. W kuchni siedział Fred i patrzył się tępo w okno. Chyba mu było przykro, że się ze mną pokłócił, mi zresztą też.
Nie zauważył mojej obecności więc podeszłam do niego i usiadłam obok. Dopiero wtedy spojrzał na mnie smutnym wzrokiem.
- Możemy porozmawiać? - spytałam pełna nadziei, że się zgodzi.
- Tak.
- Chciałam Cię przeprosić... Wiem, że to twój brat i musiałeś to komuś powiedzieć. Nic takiego się nie stało. - powiedziałam i od razu kamień spadł mi z serca. To cholerne poczucie winy...
- Stało. Dałem Ci słowo, że nikomu nie powiem. - powiedział, jakby w ogóle nie słyszał co powiedziałam.
- Nic się nie stało, to ja przesadziłam. - powiedziałam i dodałam widząc jego nie pewną minę. - Nic już nie mów.
- Czujesz coś do Harry'ego? - powiedział rudowłosy, a ja miałam zdziwioną minę. Dlaczego tak pomyślał?
- Nie, to tylko przyjaciel. - powiedziałam i patrzyłam cały czas na niego, czekając na jakąkolwiek reakcję.
- Więc dlaczego, tak nagle gdy chciałem Ci coś ważnego powiedzieć uciekłaś? - nie spodziewałam się tego pytania. Co miałam odpowiedzieć? Chyba najlepiej powiedzieć prawdę, jednak mogło to zaboleć. Nie chciałam, żeby Harry patrzył na nas kiedy się prawie całowaliśmy.
- Harry, wszedł tak nagle a ty mnie prawie... całowałeś. - ostatnie słowo ledwo przeszło mi przez gardło.
- Tak, tylko chciałem Ci wtedy coś powiedzieć. Coś ważnego. - powiedział i zaczął badać mnie wzrokiem. - Może się przejdziemy?
- No dobrze. - powiedziałam lecz byłam pełna obaw.
Gdy wyszliśmy do ogrodu i przeszliśmy kawałek, zaczęło padać. Fred zdjął z siebie bluzę i podał mi ją. Uśmiechnęłam się i włożyłam o wiele za dużą bluzę. Jednak miałam z tego parę korzyści. Czułam jego zapach oraz to, że była ciepła. Jednak teraz moknął tylko Fred.
- Może schronimy się pod drzewem? - spytałam i po chwili weszliśmy pod drzewo. - Więc co chciałeś mi powiedzieć?
- Hermiono... Od dłuższego czasu zastanawiam się co do Ciebie czuję... - moje serce zabiło mocniej.
Czyżby właśnie chciał wyznać mi to co ja czuję do niego od dawna? Boję się, że możne mi powiedzieć, że nie możemy być razem. Chociaż co jeśli nam nie wyjdzie? Tak wiele nas różni i dopiero od końca roku i kawałka tych wakacji. Czy my do siebie pasujemy? Może, on mnie nienawidzi? 
- Tak? - spytałam, mimo wewnętrznego strachu. 
Czułam jak nogi się pode mną uginają. Bałam się, tak bardzo. Jak nigdy. 
- I wtedy kiedy myślałem, że cię straciłem... Wtedy kiedy myślałem, że cię już nigdy nie zobaczę... - mówił a ja miałam wrażenie ze zaraz upadnę. - Bo widzisz Hermiono ja...
I wtedy upadłam. Jednak nie straciłam przytomności. Oddychałam bardzo ciężko. Fred nie wiedział co się dzieje, ja również. Przestraszyłam się, bo od kiedy żyję dzieje się ze mną coś dziwnego. Nie wiedziałam jakie zaklęcie mnie ,,ożywiło". Na dodatek nie dokończone słowa Freda...
- Wszystko w porządku? - spytał mnie, pełen strachu w głosie. 
- Tak. Co chciałeś mi powiedzieć? - spytałam, bo chciałam usłyszeć to co miał mi powiedzieć. A raczej chciałam usłyszeć te słowa na, które liczyłam i czekałam od dawna.
- To teraz nieistotne. 
Spojrzałam na niego zawiedzionym spojrzeniem. Wiedziałam, że nie powie mi tego na co liczyłam. Byłam taka głupia! Tylko co on mógł mi powiedzieć, jeśli nie to? Przecież sam mówił, że martwił się o mnie. Może i tak mówił, ale nie musiał mi wyznawać miłości. Mógł równie dobrze powiedzieć, że jestem dobrą przyjaciółką i martwi się o mnie. Na co ja liczyłam?! Do oczu napłynęły mi łzy. Spojrzałam w jego brązowe, świecące tęczówki i pękłam. Popłakałam się, nie panowałam nad emocjami. Wstałam, energicznie ściągnęłam z siebie jego bluzę i wepchnęłam mu ją nieudolnie w ramiona. Wybiegłam na deszcz, pozostawiając go samego. 


~*~

Stałem i patrzyłem jak biegnie do domu. Dlaczego jej nie zatrzymałem? Chwila, przecież nie jest jeszcze za późno! 
Zerwałem się by ją dogonić. Zależało mi na niej. Nie widziałem świata poza nią. Kochałem ją do szaleństwa. Sam nie wiedziałem, jak to się stało. Nie wiedziałem, że mógłbym się w niej zakochać. Zwłaszcza teraz, nie mogłem jej stracić. 
Hermiona próbowała przejść przez płot, jednak z pośpiechu nie wychodziło jej to. Widziałem jej zapłakną twarz. Nie wiedziałem dlaczego płacze, przecież nie powiedziałem jej tego co zamierzałem. ,,Ale powiedziałeś, że to nie istotne" - podpowiedział mi cichy głos w mojej głowie. Kiedy już prawie udało jej się przejść, dogoniłem ją i złapałem za rękę. 
- Puść mnie! - powiedziała, dalej płacząc. 
- Nie. Hermiono dlaczego uciekasz nawet nie wiesz co chcę Ci powiedzieć. - powiedziałem, na jednym wydechu, dalej trzymając ją za rękę. Była taka ciepła, a jednocześnie zimna.
- Wiem co chcesz mi powiedzieć. - odparła. 
Byłem zaskoczony, czyżby wiedziała, że ją kocham? Może się domyślała... Albo po prostu stwierdziła, że jest tylko dobrą przyjaciółką.
- Więc dlaczego uciekłaś? - spytałem. Sądząc po jej minie, szukała odpowiedzi. - Hermiono, nie jesteś tylko przyjaciółką. Jesteś kimś więcej. 
- Nawet jeśli...To może ja nie odwzajemniam tych uczuć? - w tym momencie pękło mi serce. 
Mogłem się tego spodziewać. Ona, wyjątkowa, wspaniała, piękna, mądra, inteligenta, jedyna taka, zechciałaby takiego zwykłego chłopaka jak ja? 
- Na prawdę, nic nie czujesz? - spytałem, jakbym był głuchy. Chciałem usłyszeć prawdę.
- Nie wiem. 
Spojrzałem na nią i kiedy zobaczyłem jej piękne oczy pełne łez, zrozumiałem, że nie mogę jej stracić. Gdy w nie patrzyłem czułem, że cały świat mam już przy sobie. Czy moje uczucie, było aż takie silne? 
- Kocham Cię Hermiono i nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. Jesteś całym moim światem. Zrozumiałem, że nie mogę bez ciebie żyć. To tak jakbyś była moim powietrzem. - powiedziałem jej to. W końcu mi się udało.
Ona patrzyła na mnie swoimi oczami, a ja czekałem na jakąkolwiek reakcję z jej strony.


~*~

Nie mogłam w to uwierzyć. On na prawdę mnie kochał! Wtedy kiedy mówił co do mnie czuje miałam ochotę rzucić się na niego i przytulić tak mocno jak jeszcze nigdy nie tuliłam żadnego chłopaka. Patrzyłam na niego zapłakanymi oczami, a on czekał na mój ruch. Ja też go kochałam, ale czy potrafilibyśmy przetrwać, trudności jakie byśmy napotkali? Tak wiele nas łączy a jeszcze więcej dzieli. Tylko dlaczego inni mogą być szczęśliwi, a ja nie? Przecież też darzę go takim samym uczuciem dlaczego, nie mogę mu tego powiedzieć? 
- Na prawdę mnie kochasz? - spytałam szeptem, nadal nie dowierzając.
- Tak. - odpowiedział bez chwili zastanowienia. 
Zrobiłam to. Rzuciłam mu się w ramiona, a on zaskoczony objął mnie. Jednak to nie potrwało długo, bo postawił mnie na ziemi. Spojrzałam na niego zaskoczona, a on po prostu nie czekając, pocałował mnie. Tak zachłannie, że o mało nie upadłam. Poczułam jak wszystkie moje dotychczasowe problemy się znikają. Jedno z moich marzeń już się spełniło. Wplotłam moją rękę w jego włosy. On zrobił to samo. Po chwili wepchnął swój język do moich ust i pogłębił pocałunek. 
Nie wiedziałem ile tak już stoimy. Nie liczyłam czasu, byłam prze szczęśliwa. Teraz liczył się tylko on. 




~*~

No i jest nowy rozdział. Przepraszam, że tak długo nie pisałam. Nie miałam weny i też troszkę chciałam poleniuchować. Nie mogłam się doczekać właśnie tego rozdziału kiedy Fred wyzna Hermionie miłość, dlatego wyznaje jej już go w 19. Mam nadzieję, że się podoba i zachęcam do komentowania. :)

~ Tymbarkowa.






wtorek, 17 grudnia 2013

Rozdział 18 - ,, Nagle drzwi się otworzyły. Byłam w szoku! "


Powoli otwierając oczy, zobaczyłam, że jestem w czyimś pokoju. Nabrałam głęboko powietrza do płuc i otworzyłam oczy szerzej, w tym samym czasie wypuszczając powietrze. Bałam się, że znajduję się gdzieś indziej, chociaż faktycznie mogło tak być. Przecież zwaliły się na mnie ściany. Tylko jakim cudem się obudziłam? Przecież wątpię, żeby odnaleziono moje ciało wśród tylu odłamków. A co jeśli ja... Nie żyję? Podniosłam się z łóżka i nic nie poczułam. Tak jakbym urodziła się dzisiaj! Podeszłam do lustra, które stało w pokoju i zaczęłam się sobie przyglądać. Twarz gładka bez żadnej skazy jaka mogłaby powstać, włosy lśniące, usta koloru malinowego ani trochę sine, a ciało takie jak przedtem. Spojrzałam w swoje oczy i uznałam, że stały się trochę ciemniejsze, o ile to możliwe. Może to jakiś skutek uboczny, jakiegoś zaklęcia?
Usłyszałam jak drzwi otwierają się. Zobaczyłam w nich rudą czuprynę. Ucieszyłam się bo spodziewałam się Freda jednak to nie był on. Była to jego kopia, brat bliźniak, George. Uśmiechnęłam się do niego jednak nie pewnie. Nie byłam za bardzo zadowolona, że to on akurat przyszedł. Chociaż nie przeszkadzało mi jego towarzystwo. Był podobny do brata, z czasem odkrywałam dzielące tą dwójkę cechy, jednak znajdywałam też te pozytywne, które były takie same w obu przypadkach.
- Jak się czujesz? - spytał z troską w głosie.
- Dobrze. - wyjąkałam, chociaż czułam się dziwnie. - Gdzie jestem? I co się stało, że żyję.
- Jesteś w Norze. Kiedy Fred chciał Cię odnaleźć w gruzach, zjawili się Śmierciożercy. Zabrali Ciebie, a potem jak gdyby nigdy nic, wróciłaś spowrotem. Co najdziwniejsze oddychałaś. Myśleliśmy, że nie żyjesz...
Śmierciożercy mnie zabrali? Dlaczego? Czyżby to za ich sprawą żyję? A co jeśli między Śmierciożercami byli moi rodzice, których nie znałam. Narcyza i Lucjusz, chcieliby abym powróciła do świata żywych? Obiecałam sobie, że zastanowię się nad tym potem. 
- A gdzie jest Fred? - wypaliłam, nie myśląc co mówię. Dopiero potem miałam ochotę puknąć się w głowę.
- On nie wie, że żyjesz. Załamał się, nic do niego nie dociera. - powiedział George patrząc na mnie z tajemniczym błyskiem w oku. - Jeśli chcesz, jakoś go tu sprowadzę.
Kiwnęłam tylko głową i spojrzałam w okno. W tym czasie George wyszedł z pokoju by poszukać swojej kopi.

~*~

Wszedłem do swojego pokoju, który dzieliłem z moim bratem. Nie myliłem się. Był tutaj siedział na łóżku, przybity i zagaszony. 
- Chodź muszę Ci kogoś pokazać.
Wstał i wyszedł na korytarz. Myślałem, że będę go namawiać, jednak gładko poszło. Poszliśmy do pokoju, w którym znajdowała się Hermiona. 

~*~

Zobaczyłam jak drzwi się otwierają. Znowu wystawała z nich ruda czupryna, jednak tym razem nie był to George tylko Fred. Głowę miał spuszczoną, jednak kiedy ją podniósł, oczy mu się szeroko otworzyły. Miał minę jakby zobaczył ducha, chociaż jeśli nie znał prawdy to tak mogło mu się wydawać. Podszedł do mnie i złapał mnie za nadgarstki. Przyciągnął mnie mocno do siebie i przytulił prawie dusząc.
- Ty żyjesz! - szepnął, prawie bez głośnie.
Ja nic nie odpowiedziałam. Nie chciałam przerywać tej chwili. Czułam jego zapach i ciepło emanujące od niego. Kiedy był blisko mnie wszystko przestało się liczyć, czas zatrzymywał się a ja odpływałam. Miałam tylko wątpliwości czy on czuł do samo co ja. Odetchnęłam i poczułam jak wszystko się kończy. Powróciłam do rzeczywistości.
- Dlaczego nic nie powiedziałaś?! Martwiłem się! A ty tak po prostu rozmawiasz sobie z moim bratem?! - powiedział donośnie. Te słowa mną wstrząsnęły. Nie wiedziałam co się dzieje i dlaczego ma pretensje.
- O co Ci chodzi? Ja obudziłam się nie dawno... A George przyszedł do mnie i porozmawialiśmy... - nie wiedziałam jak mam się tłumaczyć.
- Martwiłem się, cholernie! - wrzasnął i wyjął różdżkę i rzucił jakieś zaklęcie. Z pewnością dźwiękoszczelne. - Dlaczego ja zawsze muszę dowiadywać się ostatni o wszystkim co dzieje się w tym domu?!
- Nie musisz krzyczeć. - powiedziałam spokojnie, jednak wszystko się we mnie gotowało. - Może dlatego, że nigdy Cię nie ma tam gdzie powinnieneś być!
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Nic, nie ważne. - powiedziałam i spojrzałam spowrotem w okno. Nie chciałam się z nim kłócić ale sam do tego doprowadzał.
- Ważne dla mnie. - powiedział i czułam jak jego spojrzenie przeszywa mnie od góry do dołu. - George powiedział Ci coś czego nie możesz wiedzieć?
- Czego nie mogę wiedzieć? Jeśli nie chcesz być ze mną szczery to ja chyba też nie muszę. - powiedziałam nie zastanawiając się nad tym.
- Powiedz mi tylko, czy powiedział Ci coś. Chodzi mi o cokolwiek... - próbował ukryć o jaki temat mu chodziło, jednak ja wiedziałam o co chodzi.
- Powiedziałeś mu to?! - wybuchnęłam. - Przecież miałeś nikomu nie mówić, że jestem siostrą Malfoy'a!
- Przepraszam... Musiałem się komuś wyżalić... - tłumaczył się. - On nikomu nie powie.
- Obiecałeś mi to! - krzyknęłam i wszystko we mnie pękło. - Przecież Ci ufałam.
- A teraz mi nie ufasz? To mój brat. - powiedział jeszcze bardziej dobitnie.
- Sama nie wiem... Najpierw obiecujesz, że będziesz milczał jak grób a teraz co?
- To tylko mój brat! - wrzasnął a ja zamknęłam oczy. Nie lubiłam kiedy ktoś na mnie krzyczał.
- Wyjdź. - powiedziałam cicho nie otwierając oczu.
- Hermiona... - próbował coś powiedzieć aby zostać ale ja nie mogłam mu na to pozwolić.
- Wyjdź. - powiedziałam głośniej.
Nagle drzwi się otworzyły. Byłam w szoku! Nie było tam nikogo kto mógł je otworzyć, mogłabym sobie nawet rękę uciąć. Fred spojrzał na mnie badawczo, jednak nic nie powiedział. Wyszedł posłusznie. Odetchnęłam i już miałam zamknąć drzwi jednak one same to zrobiły! Otworzyłam szeroko oczy i usiadłam na łóżku. Postanowiłam o tym nie myśleć, a żeby zabić czas położyłam się na łóżku i starałam się zasnąć.

~*~

Jest kolejny rozdział. Nie jestem z niego zadowolona. Ale cóż ocenę pozostawiam wam. Jeśli chodzi i o końcowy fragment, to wszystko wyjaśni się w następnych rozdziałach.




sobota, 7 grudnia 2013

Rozdział 17 ,, Była cała posiniaczona, poobijana. Jej usta były sine, a włosy jakby straciły swój dotychczasowy blask. "


Dom ciotki był przytulny. Wielki salon w kolorach czerwieni, tak bardzo przypominał mi pokój wspólny Gryffindoru. Kanapa i parę foteli wokół kominka, również były podobne. Ciocia, chyba nawet nie wiedziała, że tak wygląda pokój wspólny, w którym spotykają się wszyscy czarodzieje z domu Lwa. Ale skąd mogła to wiedzieć? Przecież była mugolem, a gdy próbowaliśmy opowiedzieć jej coś o Hogwarcie, zawsze zmieniała temat.
Weszliśmy do kuchni. Ciocia zmywała naczynia.
- Cześć ciociu. - powiedzieliśmy chórem, smętnymi głosami.
Gertruda podskoczyła i obróciła się. Zmarszczyła brwi, na nasz widok. 
- A co wy tu robicie? Ile razy mam wam powtarzać, że w tym domu nie używa się magi! - powiedziała dobitnie, a my wiedzieliśmy, że to będzie najgorsza decyzja jaką podjęli rodzice. 
- Śmierciożercy zaatakowali i zburzyli dom, a gdzie indziej nas znajdą. - odezwała się Ginny w pośpiechu.
- No dobrze. Pokaże wam pokoje. 
Ciotka weszła po schodach a my zaraz za nią. W holu był tylko jeden kolor ścian : granatowy. Korytarz wydawał się długi, jednak gdy stanęliśmy na piętrze stał się krótki za to szeroki. 
- Po lewej pokój Ginny, po prawej pokój Rona. No i wasz. - wskazała ręką najpierw na lewo a potem na prawo. Każdy miał swój pokój, przynajmniej to było plusem. - Kolacja o 19.
Gertruda zeszła po schodach mówiąc coś cicho pod nosem. A my rozeszliśmy się do swoich pokoi. 

~*~
Nie wierzyłem w to. Nareszcie po tylu latach, rodzice mają znaleźć moją siostrę! Zaginęła, a ja bardzo to przeżyłem. Jednak teraz bałem się o to czy Śmierciożercy nie zrobią jej krzywdy. Tak na prawdę może być to każda dziewczyna z mojej szkoły, z innego domu, ale tego samego wieku co ja. Chciałem też, aby wszystko poszło dobrze, bez żadnych komplikacji. Czekałem już długo. Zacząłem się martwić, bo zawsze wszystko szło dobrze. 
Usłyszałem trzask. Rzuciłem się do drzwi i zbiegłem po schodach. Śmierciożercy stali wokół czyjegoś ciała i moich rodziców. Natychmiast do nich podbiegłem. Słudzy Czarnego Pana odeszli na bok, abym mógł zobaczyć swoją siostrę. Kiedy byłem już wystarczająco blisko niej zobaczyłam kim ona była. Moją siostrą jest Hermiona Granger! Opadłem z wszelkich sił kiedy zobaczyłem, że nie oddycha. Była cała posiniaczona, poobijana. Jej usta były sine, a włosy jakby straciły swój dotychczasowy blask. Upadłem na kolana. Zapomniałem o tym jak nazywałem ją szlamą, dokuczałem jej. Była moją siostrą, jak mogłem ją tak traktować?! 
- Co się stało?! - szepnąłem ledwo, jednak na tyle by mnie usłyszeli.
- Dom, w którym była zawalił się a ona jako jedyna została w środku. Jednak zabraliśmy ją tutaj, może jeszcze nie jest za późno. - powiedziała moja matka drżącym głosem. - Idź. Powiemy Ci czy da się ją uratować. 
Zobaczyłem jak ojciec skinął głową i Śmierciożercy zabrali mnie do pokoju. Nie miałem innego wyboru jak tylko czekać.

~*~
- Lucjuszu musimy coś zrobić! Dopiero co ją odzyskaliśmy! - krzyczałam, nie chciałam jej tracić.
Lucjusz nic nie odpowiedział. Trzymał różdżkę w ręce i powtarzał co chwile jakieś zaklęcia. Rozpoznawałam tylko parę z nich, jednak żadne nie działało. Usiadłam i patrzyłam jak mój mąż próbuje ratować, naszą córkę. Ratował ją ze względu na Dracona i na mnie, aczkolwiek dla samego siebie. Pamiętam ten dzień kiedy Hermiona zaginęła. Nie chciałam do niego wracać, jednak co noc to powracało. Ukryłam twarz w dłoniach. Chciałam aby do nas powróciła i stała się jedną z nas. Wiedziałam, że nie będzie łatwo przekonać ją do służenia Czarnemu Panu. Jednak miałam wszelakie dobre nadzieje, że zgodziłaby się na to. W końcu cała nasza rodzina zostałaby zabita, z jej powodu. Nie sądziłam, że moja córka będzie najlepszą przyjaciółką Harry'ego Pottera! Chłopca Który Przeżył. Jako mały chłopiec sprawił, że Czarny Pan nie był silny, jednak zdołał zregenerować swoje siły by powrócić, by zemścić się. Usłyszałam bardzo dziwne zaklęcie, którego jeszcze nigdy nie słyszałam, nawet z ust Pana.
- Enlardsa! - powiedział Lucjusz.
Nagle stało się to czego się nie spodziewałam. Hermiona zaczęła oddychać, a jej usta przybrały koloru, tak samo jak jej włosy zaczęły połyskiwać. Rany powoli się goiły. Jednak jeszcze się nie obudziła. Najwidoczniej potrzebowała czasu.
- Co to za zaklęcie? - zamiast podziękować za jej uratowanie, wypaliłam pierwsze lepsze pytanie.
- To nie jest teraz ważne. - powiedział Lucjusz. Zmarszczył brwi i spojrzał na mnie. - Co teraz zamierzasz zrobić?
- Chcę aby się do nas przyłączyła, jednakże na razie nie jest jeszcze na to gotowa. Może odeślemy ją do Weasley'ów? Ważne, że już wiemy kim jest nasza córka.
- Jesteś tego pewna? Możemy zacząć życie od nowa, razem z nią. Wystarczy tylko Oblivate. - powiedział mąż, zaskoczony moją wypowiedzią.
- Tak. - odpowiedziałam tylko i poszłam na górę do mojego syna.

~*~

Usłyszałem tupot stóp. Podskoczyłem momentalnie i wstałem. Do pokoju weszła moja matka. Na jej twarzy nie malowały się żadne emocje. Byłem przygotowany na najgorsze wiadomości.
- Hermiona żyje. 
Gdy tylko to usłyszałem odetchnąłem głęboko i opadłem na łóżko. Teraz już wszystko będzie dobrze. Nie będzie musiała wracać do tego Pottera i tych rudzielców. Przecież wiedziałem, że było jej tam źle. Zawsze była tylko od odrabiania prac domowych i zdobywania puntów dla Gryffindoru. W sumie to ja też nie byłem dla niej miły, ale od tej pory się zmienię. 
Moje rozmyślania przerwał mi głos matki.
- Jednak postanowiliśmy razem z ojcem, że zostanie u Weasley'ów. Chcemy ją przygotować na to co usłyszy. - powiedziała powoli widząc mój wyraz twarzy.
- Jak to?! Myślałem, że zostanie z nami! - wrzasnąłem pełny gniewu. - Może ja się na to nie godzę?!
- Przykro mi, niestety nie możesz za nas decydować. - odpowiedziała spokojnie, ale chłodno. 
Wyszła zamykając drzwi i zostawiając mnie samego, z własnymi myślami.

~*~

Mam nadzieję, że się podoba. Chciałam aby wyszedł dłuższy jednak muszę pomyśleć co dalej. Ale chcę też was potrzymać w napięciu. Jeśli widzicie jakieś błędy piszcie, bardzo mi na tym zależy. 
Pozdrawiam i zapraszam do komentowania!