niedziela, 31 sierpnia 2014

Cześć!

Witam wszystkich bardzo serdecznie i przepraszam bardzo za to, że mnie nie było ale mam usprawiedliwienie i niespodziankę :)
 *byłam na wakacjach a na telefonie źle się pisze jeśli chodzi o coś dłuższego.
 A niespodzianką jest to, że piszę miniaturkę oczywiście Fremione. Będzie bardzo długa żeby was zadowolić. Taka rekompensata. Już zaczęłam mam nadzieję, że do połowy września dam radę.

No nic pozdrawiam i przepraszam jeszcze raz :>










wtorek, 29 lipca 2014

Rozdział 29 ,,Od kiedy mówisz do mnie kobieto?"


Co go tak zdenerwowało? Przecież nic się do cholery nie stało! Może się przestraszył? Ale czego? To tylko całowanie...
,,Hermiono nie możesz się okłamywać" - powiedział cichy głosik w mojej głowie - ,,Przestraszył się twojej niewinności" 
Nie, nie. Fred Weasley, przestraszył by się tego, że jestem dziewicą? Może on o tym nie wie? Fakt, chyba domyślał się, że jest moim pierwszym chłopakiem, może bał się posuwać się za daleko? 
Chciałam z nim jak najszybciej porozmawiać. Ubrałabym się dzisiaj bardzo ładnie, po za tym gorąc, miałam chłopaka. To był powód aby chociaż dla niego się starać. Nie chciałam aby uważał mnie za szarą myszkę, bojąc się zmian i podejmowania jakiejkolwiek decyzji. Chciałam dotrzymywać mu kroku, a przy okazji dowiedzieć się co najbardziej we mnie lubi. Było by cudownie, gdybym dowiedziała się co preferuje. Byłabym bardziej odważna jeśli chodzi o ubiór, zachowanie, styl bycia. Nie chciałam popełnić jakiejś niestosownej wpadki. A teraz chciałam, dowiedzieć się co zrobi gdy zobaczy mnie jakoś inaczej ubraną niż do tego przywykł. A drugim powodem było jego dość nietypowe zachowanie, jak na takiego kawalarza jakim był. Wszystkie za nim szalały!
Podeszłam do szafy i zaczełam ją wertować wzrokiem. Ku mojemu zaskoczeniu, zobaczyłam kilka bardzo ładnych sukienek. Wyjęłam je wszystkie, rzucając potem na łóżko. Teraz czas na buty i dodatki.  Schyliłam się i spojrzałam na moje obuwie. W większości górowały tutaj baleriny, które przeszukałam. Wzięłam dwie pary. Były by ostatecznością gdybym nie znalazła odpowiednich butów na koturnie czy obcasie. Nie musiałam przecież zawsze skłaniać się na płaskie pantofle, prawda? Zagłębiając się dalej, zauważyłam, że jednak mam jakieś szczególnie ładne pary obcasów oraz jedną parę moich ulubionych koturn. Wyjęłam je i postawiłam koło mojego łóżka. Skierowałam się do komody, którą dzieliłam razem z Ginny. Stało tam lustro, bez którego nie mogłyśmy się obyć w awaryjnych sytuacjach. A mianowicie: łazienka zajęta, ktoś nie chce nas wpuścić, albo po prostu coś się stało. W takich okolicznościach korzystałyśmy z tutejszego lustra. Otworzyłam pierwszą szufladę, a w niej znajdowały się naszyjniki, bransoletki, pierścionki, kolczyki, frotki do włosów, opaski, spinki, przepaski na głowę. Dosłownie raj dla każdej dziewczyny. Po chwili wybrałam to co przypadło mi do gustu i stwierdziłam, że chyba jestem gotowa. Oczywiście nie na to by wyjść. To dopiero był początek.
Podeszłam do łóżka i spojrzałam na buty. Ginny zawsze mi mówiła, że jeśli najpierw nie dobiorę butów, to mogę zapomnieć o reszcie. Buty muszą do wszystkiego pasować. Więc posłuchałam rady rudowłosej i zaczęłam oglądać moje obcasy. Nie było ich znowu tak dużo. Z pięciu par jakie miałam wybrałam trzy, które uważałam za odpowiednie. Pierwsza para była beżowa, na dziesięciocentymetrowym obcasie, były zwykłe proste, bez żadnych wycięć na palce. Druga para różniła się. Koloru czarnego, jednak czubek był wycięty, także na takim samym obcasie jakim była poprzednia para. Trzecia para, moja ulubiona. Mimo, że były to szpilki na piętnastocentymetrowym obcasie, to jeszcze do tego, nie miały żadnego wycięcia i były koloru czarnego, z piękną, małą kokardką na czubku. Dostałam je od mamy, na moje 14 urodziny.  Pierwsze buty na obcasie, które są ze mną do tej pory. Wtedy tak na prawdę, zaczełam zauważać, że takie buty nie są wcale nie wygodne jakie mi się wydawały. Zdecydowałam, że wybiorę właśnie je. Zawsze robiły dobre, pierwsze wrażenie. Spojrzałam teraz na sukienki. Miałam ich wystarczająco dużo aby coś wybrać. Z szafy wyciągnęłam ich aż sześć. Nie liczyłam ile ich mam razem, wszystkich. Pierwsza jaka przykuła mój wzrok była delikatna, biała sukienka do kolan, bez ramiączek. Talia była podkreślona złotym paskiem. Całkiem, całkiem. Następna z kolei, była jasno-niebieska, z ramiączkami, za to długa do ziemi. Nie była niczym przepasana po prostu wolno puszczona. odłożyłam ją spowrotem do szafy, nie pasowała mi na dzisiaj. Zakładałam ją na wieczorne spacery, albo na jakieś bardzo upalne dni. Trzecia, była trochę przed kolano, koloru limonki. Nie miała ramiączek, ani żadnego paska. Była bardzo ładna, ale chciałam postawić na jakiś bardziej stonowany kolor. Z westchnięciem odłożyłam ją do szafy, aby zająć się inną. Ta natomiast była cudowna, ale wahałam się czy ją założyć. Ognista czerwień, z ramiączkami, za to z dekoltem wyciętym w trójkąt. Była dłuższa z tyłu, a krótsza z przodu, gdzie wyglądała prawie jak mini. Cóż, była piękna, ale stwierdziłam, że jest zbyt wyzywająca na takie zwykłe spotkanie. Piąta, fioletowa, z zakrytymi rękami, wycięta bardzo na plecach w literę V. Dekolt z tyłu sięgał mi prawie do końca pleców. Z przodu lekki dekolt wycięty w tą samą literę. Miała gdzie nie gdzie cekiny, w tym samym kolorze. Cudowna, ale znowu mini. Jednak najbardziej to ją typowałam jak do tej pory. Została się ostatnia. Czarna, bez ramiączek, bardzo opinająca można by powiedzieć, że gdyby ktoś ją tak zobaczył stwierdził by, że jest za mała. Ta na szczęście nie wyglądała na mini, chociaż nie wiele jej brakowało. A za nad to była skórzana. Miała delikatne wycięcie na przodzie. Zdecydowałam! To właśnie ją założę. Co z tego, że to tylko zwykłe spotkanie, nie mogę wyglądać jak szara mysz!
Odłożyłam fioletową sukienkę, do szafy. Może jeszcze dzisiaj się przyda? Wdziałam skórzaną mini, i oniemiałam. Wyglądałam... Seksownie, bajecznie, pociągająco. Sięgała mi do połowy ud, nie było tak źle. Spojrzałam na siebie, w lustrze i stwierdziłam, że muszę jeszcze parę szczegółów dopracować. Nie dobrałam żadnego naszyjnika, przyciągał by uwagę na mój dekolt, a tego nie chciałam tak bardzo eksponować. Na ręce wdziałam bransoletkę na rzemyku, a przy niej kryształowe serduszko. Dodałam jeszcze dwie złote bransolety i jedną w kolorze pereł. Przy okazji pomalowałam paznokcie bezbarwnym lakierem, robiąc na nich cieniutkie, czerwone paseczki. Kolczyki, przebitki, z zwykłymi diamencikami w środku. Założyłam buty, i podeszłam do lusterka. Miałam makijaż, ale postanowiłam, że go trochę ulepszę. Nałożyłam czerwoną szminkę na usta. Wyglądałam bosko. Pierwszy raz wierzyłam, że wyglądam ładnie, wręcz pięknie. Włosy pokręciłam. Nie wyglądały teraz jak moja dotychczasowa, szopa, burza loków, tak bardzo niesfornych, że musiałam je układać. Teraz stały się pięknymi, brązowymi włosami, gdzie nie gdzie z blond pasemkami. Sięgały mi za ramiona, długość była idealna. Spryskałam je lakierem, aby dłużej się trzymały. 
Kiedy byłam już gotowa, otworzyłam drzwi i skierowałam się, do pokoju jego i George'a. Zapukałam delikatnie. Usłyszałam ,,proszę!". Uchyliłam drzwi i bez zaglądania spytałam:
- Freddie, jesteś tu? 
- Tak, tak. Wchodź. 
Pchnęłam drzwi, a te oparły się o ścianę. Weszłam do pokoju i usiadłam na łóżku Freda. On zaś stał odwrócony tyłem, bo coś przeglądał na biurku. Sprzątał jakieś rysunki jego i George'a. Chyba dopracowywali ich wynalazki, albo planowali coś nowego. Uśmiechnęłam się pod nosem. Lubiłam patrzeć na nich kiedy o tym rozmawiali. Zawsze byli pełni szczęścia, a w ich oczach tryskały te ogniki, które ubóstwiałam. Widziałam, że sprawiało im to przyjemność. 
- Kobieto, gdybym ja tyle spędził na zwykłym odświeżeniu, mój brat stwierdził by, że wpakowałem się w zawrót głowy!
- Ile czasu czekałeś? - spytałam z ciekawości, chciałam wiedzieć ile takie strojenie się wymaga czasu. - Od kiedy mówisz do mnie kobieto?
To drugie pytanie, zadałam specjalnie. To miało jakiś związek z tym ręcznikiem i jego reakcją. 
- Godzinę, może więcej. 
Nie odpowiedział, na to co chciałam usłyszeć. Postanowiłam to zbagatelizować. Wstałam i podeszłam do niego. Wyglądał cudownie, gdy próbował się na czymś skupić. Zdałam sobie sprawę też z tego, że w ogóle nie zauważył jak wyglądam. Wpatrzony był w jakieś kartki i w segregowanie ich. Ja patrzyłam ukradkiem przez jego ramię, nie wiele jednak widziałam, bo dalej byłam do niego za niska. Przejechałam ręką po jego plecach, gładząc je. Drgnął niespodziewanie. Zadziałało. Teraz już na pewno się odwróci. I faktycznie tak się stało. Ze stosem kartek w ręce, spojrzał na mnie i aż szczęka mu opadła. Dłonie, jakby chcąc pozbyć się zbędnego balastu, upuściły zapiski, a te zawirowały w powietrzu, jak płatki śniegu. Zaczęłam łapać je, a potem uklękłam i dalej zbierałam. Natomiast Fred, jakby wrósł w podłogę. Nie ruszył się, nie wykonał najmniejszego skinienia. Był wpatrzony we mnie, o taki efekt mi chodziło. 

~*~

Kilka chwil wcześniej.

Hermiona, abym odwrócił się do niej, przejechała ręką po moich plecach, następnie je gładząc. Zadziałało. Drgnąłem impulsywnie i wykonałem zwrot do niej. Zobaczyłem ją i aż mi szczęka opadła. Nie mogłem jej zamknąć, coś mnie powstrzymywało. Stos kartek, który trzymałem w ręce, wyleciał nie wiadomo kiedy. Zaczęła je łapać w powietrzu, a potem klęknęła i jak gdyby nigdy, nic, zbierała je. Ja czułem, że nie mogę wykonać najmniejszego ruchu. Bałem się, byłem sparaliżowany? Nie wiem. 
Ubrana, w czarną, mini, bez ramiączek z delikatnym wycięciem sprzodu. Buty, na obcasie, w tym samym kolorze co jej odzież. Na rękach miała jakieś bransoletki, wykonała makijaż, pomalowała usta na czerwono, a włosy pokręciła tak, że były jeszcze piękniejsze. Usta tak kuszące, że aż chciałem wpić się w nie, a niej samej nigdy stąd nie wypuścić. W końcu zebrałem się i pomogłem jej.

~*~ 

Stał tak przez dłuższą chwilę, a ja dalej sprzątałam. Nie musiałam zbyt długo czekać, pomógł mi je pozbierać. Widocznie, musiał otrząsnąć się. Pierwszy raz widział mnie tak wystrojoną. Zastanawiałam się czy dobrze zrobiłam. A jak zwariuje? 
Kiedy skończyliśmy robotę, Fred podszedł do biurka, położył kartki i sięgnął po swoją różdżkę. Wypowiedział cicho jakieś zaklęcia, machając przy tym parę razy. Ja podeszłam do okna i w nie spojrzałam. Było pięknie, słonecznie, idealny dzień. Westchnęłam, bo nie widziałam już żadnej innej reakcji mojego rudowłosego. Czyżby to było wszystko? Na darmo się tak ubierałam? Chciałam aby był zafascynowany, ale nie pięć minut, nawet cały dzień. 
- Wyglądasz tak...
Nawet nie wiadomo kiedy znalazł się przy mnie. Odwróciłam się i uśmiechnęłam bardzo pociągająco. Widziałam jak Freddie z nerwów, przeczesuje sobie włosy. 
- Jak? 
- Seksownie, pociągająco...
Podeszłam do niego, syrenimi krokiem i spojrzałam mu prosto w oczy. Zarzuciłam mu ręce na ramiona, nie przerywając kontaktu wzrokowego. 
- A wiesz, że jestem cała twoja? - uśmiechnęłam się diabolicznie. - Wykorzystaj to.
Patrzył się w moje oczy, tak długo, że zastanawiałam się czy jego dusza jeszcze tam jest. Najwidoczniej nie wiedział co począć. Był skołowany, zamyślony, można było to wyczuć. Zwłaszcza, że ja powoli zbliżałam swoje usta do jego. Skoro on nie wykona pierwszego kroku, to ja to zacznę. Chcę go mieć dla siebie, tu, teraz. 
Zanim przylgnęłam do niego, on zareagował szybciej i impulsywniej. Wpił się w moje usta, tak agresywnie, że o mało nie upadłam. Nie sądziłam, że ubiór i makijaż mogą zdziałać takie cuda. Nie musiałam długo czekać, na dalsze reakcje, bo Freddie wepchnął swój język do moich ust. Oddawałam pocałunki z pasją, zachłannością, z nieodpartym wrażeniem, że postradaliśmy zmysły. Rudowłosy, objął mnie rękami w talii i mocno przyciągnął do siebie. Czułam jego grę mięśni oraz szybko, rytmicznie, bijące serce, gnające jak oszalałe. Wplotłam palce w jego włosy, delikatnie je ściskając. Bliźniak, złapał mnie za uda, jednocześnie podnosząc i przenosząc na łóżko. Kładąc mnie, ściągał mi buty, rzucając gdzieś w kąt. Nie dbałam o to. Oplotłam nogami jego plecy, a on podpierał się na rękach, aby na mnie nie opaść. Całował mnie po szyi i obojczyku, a ja lawirowałam rękami przy jego koszuli. Spojrzał mi w oczy, a ja tylko wypowiedziałam jego imię. Potem całkowicie oddałam się jego pocałunkom. 

~*~

Dzisiaj krótko. Ale rozdział się pojawił tylko dlatego, że pisałam go już wcześniej, a w nim chciałam zawrzeć coś innego, bardziej romantycznego. Drugim powodem było pojawienie się komentarza, który bardzo podniósł mnie na duchu :) 
Proszę oto jest i komentujcie! :*

czwartek, 17 lipca 2014

Rozdział 28 ,, Lepiej późno, niż wcale".


Dawno już się tak nie czułam. Leżałam na łóżku w jakimś pokoju, a obok mnie Fred. Miałam zamknięte oczy, ułożona na jego umięśnionym torsie, delikatnie gładził mnie po plecach. Jego dotyk, taki miły, ciepły i przyjazny. Przy nim nie musiałam martwić o nowy, niepewny dzień, każda chwila była skarbem. Sekundy były jak minuty, zamieniające się w godziny. Razem czas biegł szybciej, natomiast rozdzieleni dłużył się niemiłosiernie. Zachowywaliśmy się jak, dzieci, które spędzają ze sobą czas na grach. Zupełnie jak siedmiolatki biegające po trawnikach za piłką, walcząc z matkami o przedłużenie wszelkich zabaw. O każdą cenną minutę. Z jedną różnicą: my nie musieliśmy martwić się o nie zgodę między naszymi rodzinami. Nie widzieli w naszym związku niczego co by mogło zagrażać naszemu życiu, ewentualnie Fred mógłby mnie sprowadzić na złą drogę. Jednak rudowłosy to prawdziwy, czuły chłopak. Pewnie gdyby teraz słyszał moje przemyślenia, stwierdził by, że przesadzam i wyolbrzymiam i to ja jestem idealna. Moglibyśmy się o to spierać i pytać każdego kogo byśmy napotkali. Zdania zapewne były by bardzo zróżnicowane.
Będąc tutaj przy nim myślałam o nim. Czy to nie było dość dziwne? Powinna mi wystarczyć jego obecność. Są jeszcze inne sprawy. Odzyskując pamięć przypomniałam sobie jak przekazałam ważną wiadomość Harry'emu. A mianowicie chodziło o jego siostrę. Victoria Isabella Potter. Jak to możliwe, że nic o niej nie wiemy? Chodzi do Hogwartu! Ciekawe do jakiego domu? Czy aż tak dobrze się ukrywała, może nie chciała zostać znaleziona lub była w niebezpieczeństwie jak Harry? Może jak on ma bliznę. Nie mogłam wytrzymać, tej presji i tych wszelkich pytań. Chciałam porozmawiać z Harrym. Podniosłam się tak gwałtownie, że Fred podskoczył.
- Przepraszam, przestraszyłam Cię? - bardzo szybko spytałam, nie miałam chwili do stracenia.
- Gdzie Ci się tak śpieszy?
- Muszę porozmawiać z Harrym.
- Coś się stało? - zapytał unosząc brew do góry.
- Nie, chodzi o jego siostrę. - podeszłam do niego i dałam mu buziaka w policzek. - Zobaczymy się później?
Kiwnął głową, a ja zamknęłam drzwi i poszłam szukać Harry'ego. Ciekawe czy wie o tym, że odzyskałam całe moje życie?
Zeszłam do kuchni a tam zastałam Ginny, która na mój widok uśmiechnęła się. Widocznie wiedziała już o wszystkim. Kiedy Fred wyszedł na chwilę musiał zapewne z euforii opowiedzieć wszystkim co się stało.
- Ginny, nie wiesz gdzie jest Harry? Mam ważną sprawę do obgadania.
- No cóż, Harry, Harry. Chyba jest w ogrodzie.
- Dzięki, Ginny, pogadamy wieczorem.
Wybiegłam na dwór i zaczęłam rozglądać się za przyjacielem. Tak bardzo chciałam go zobaczyć. Chyba nie odwiedzał mnie, ani nie widział od czasu wypadku. Musiał to bardzo przeżyć. Czarnowłosy zawsze dusił sobie wszelkie uczucia i przemyślenia. Czasami zastanawiałam się jak znaleźliśmy wspólny język. Łączyła nas cudowna przyjaźń, z której nigdy nie zamierzałam zrezygnować. Każdego dnia, myślałam o tym co wydarzy się między nim a Czarnym Panem na ostatecznym starciu. Ktoś musi to zakończyć.
Zobaczyłam jak siedział sam na ławce. Najwidoczniej doskwierała mu samotność. Być może pokłócił się z Ronem o mój wypadek, w końcu rudowłosy chłopak za tym stoi. Odkąd pamiętam, zawsze był zazdrosny, ciekawy, zadziorny i aż za bardzo natarczywy.
- Harry! - krzyknęłam.
Odwrócił głowę i z niedowierzania poprawi okulary, ale bardzo niedbale. Podeszłam do niego, a on wstał i przytulił mnie. Krótko, ale jak prawdziwy przyjaciel.
- Pamiętasz moje imię?
Wtedy uświadomiłam sobie, że Fred nie dotarł do wszystkich z jakże cudownymi dla niego wieściami. On cieszył się po stokroć razy bardziej niż ja. Widocznie okularnik lubił pobyć w ciszy, samotności i z dala od natłoku wydarzeń. A co najważniejsze, niekiedy od ludzi.
- Oczywiście, Fred Ci nie powiedział?
- Niby co takiego miał mi powiedzieć?
Opowiedziałam mu to samo co Fredowi. Słuchał mnie bardzo uważnie, tak jakby spijał każde słowo z moich ust.
- Ale nie po to tutaj przyszłam Harry.
- Dokładniej?
- Chodzi o twoją siostrę, Victorię.
Harry westchnął. Chyba nie chciał rozmawiać na ten temat. Wiedziałam, że sprawia mu to ogromny ból, ale bardzo chciałam mu pomóc. Kiedyś i tak musielibyśmy o tym porozmawiać, więc dlaczego nie teraz? Lepiej późno, niż wcale.
- Musimy o tym teraz rozmawiać? Nie wiem nic.
- Nie o to mi chodzi. Na prawdę nie wiedziałeś, że masz siostrę? Takich rzeczy z przypadku się nie zapomina Harry i ty dobrze o tym wiesz.
- Na prawdę! Nic a nic! Zawsze miałem pojęcie, że jestem jedynakiem, a tu takie zaskoczenie. Mogę być pewny, że jest choć trochę podobna do mnie. Na pewno będzie miała czarne włosy, ewentualnie ciemny brąz. Może mieć okulary, mieć jakąś małe draśnięcie, choćby bliznę, po tej nocy.
- Harry, znasz kogoś takiego? Na pewno jest osobą magiczną. Musi uczęszczać do Hogwartu. Nie możliwe żebyśmy nigdy jej nie zauważyli?
- Kiedyś na pewno ją widzieliśmy. Gorzej, jeśli należy do Gryffindoru, wtedy byśmy się tylko zbłaźnili... A czy kogoś takiego znam? Jedynie bliźniaczki Patil, ale on mają ciemne oczy. A ty Hermiono?
- Znam,  tak samo jak ty. Chociaż u mnie w dzielnicy jest jedna dziewczyna, która wyglądem pasuje.
- Dlaczego nic o tym nie wiem?!
- Widziałam ją może kilka razy, nie zwracałam na nią szczególnej uwagi. Ale teraz wszystko może być możliwe.
- Wszystko jest takie zagmatwane...
Uśmiechnęłam się do przyjaciela i poklepałam go przyjaźnie po ramieniu.
- Więc teraz wiesz, jak ja się czułam nie wiedząc nic.
Przez chwilę, na jego twarzy było widać cień uśmiechu, jednak szybko zniknęło, jak pękająca bańka mydlana.
- Harry, nie rób sobie na początku jakiś wielkich nadziei. Ona wcale nie musi być z mojej dzielnicy.
- Wiem, ale chciałbym już wiedzieć.
- Tak, najgorsza jest nie pewność.
Uśmiechnął się. - Tak masz rację. Jak się zdaje, nie rozmawiałaś z Ronem?
Mina mi zrzedła. Zapomniałam, o tym, że to Ron przyczynił się do mojej nie przytomności, dzięki temu też, reaktywował moją utratę pamięci.
- Nie. Nie chcę go widzieć.
- Rozumiem Cię, ale będziesz mu musiała wytłumaczyć, że powinien przestać wariować. Pani Weasley miała ochotę co najmniej go udusić, sądząc po jej wyrazie twarzy...
- Rozumiem ją. W końcu to jej syn, a ona uważała, że jesteśmy przyjaciółmi. A może nawet myślała, że coś kiedyś z tego wyniknie.
- Tak, możliwe. Ale Ron zawsze był do Ciebie, w stosunku nadzwyczaj nie raz okrutny. Potrafi zgasić największego optymistę.
- Prawda. Ciężki charakter.
Nastała cisza. Chyba oboje powiedzieliśmy sobie wszystko co chcieliśmy usłyszeć, a przede wszystkim wiedzieć. Postanowiłam, że jeśli znajdę Rona dzisiaj, albo go zobaczę całkiem przypadkowo, poproszę go o rozmowę. Chcę to zakończyć raz na zawsze. Za dużo razy mnie skrzywdził, musi to zrozumieć. Za każdym razem kiedy z nim próbowałam rozmawiać, mówił, że się zmieni i, że przeprasza. Też mi coś! Stara śpiewka. Każdy tak mówi, ale nie robi tego co obiecał. Innymi słowy rzuca słowa, na wiatr. Nie lubię ludzi, którzy nie dotrzymują obietnicy. A od przyjaciół wręcz oczekuję deklaracji, spełnienia danej mi obietnicy. Jednakże mogłam się tego spodziewać bo nim. Ron zawsze był impulsywny, lubił zadzierać nosa. Niekiedy, niektóre sytuacje brał zbyt poważnie, wręcz był wtedy nie do zniesienia. Chodził jak struty, nadąsany, zły na cały świat i potrafił wszystkich obarczać winą i swoim, jakże dla niego ,,wielki problem". Zarzucał innym, że go nie słuchają, mają gdzieś jego problemy, kiedy to on właśnie wysłuchuje i doradza jak prawdziwy kolega, co najmniej przyjaciel. Po kłótni, zawsze musiał wyżyć się na kimś innym, nie raz potrafił kogoś ofuknąć. Po takich sytuacjach zawsze zmagała się jego agresja w postaci słów, nie potrzebnie poruszanych i ujawnionych na światło dzienne, ale także agresja fizyczna. Wydawało mu się, że może się na kimś wyładować emocjonalnie, czyli uderzyć. Nigdy nie pochwalałam jego zachowania, ale jakoś je tolerowałam. Teraz widząc skutki, zaprzestanę. Już na dobre.
- Harry, wybacz muszę iść. Może wpadnę gdzieś na Rona, nie mogę odkładać jednej rozmowy w nieskończoność.
Czarnowłosy uśmiechnął się i tylko kiwnął głową. Wstałam i weszłam do domu, przez wielkie drzwi ogrodowe. Na moje szczęście, czy też nieszczęście, przy stole w kuchni siedział Ron. Jadł kurczaka. Zawsze był okropnym łasuchem.
Usiadłam na przeciwko niego i spojrzałam na niego, tak aby na chwilę przestał, że tak powiem torturować to mięso, swoimi zębami.
- Co chcesz? - powiedział to z taką złością, że aż zaczęłam się zastanawiać czy dobrze postanowiłam z tą niby ,,rozmową".
 Z nim może być tylko krzyk i nawet rękoczyny. Być może się z nim przyjaźniłam, ale tak na prawdę mogłam tylko przypuszczać i wyobrażać sobie do czego jest zdolny, ten wysoki, rudowłosy chłopak.
- Chciałabym z Tobą porozmawiać.
Odłożył kurczaka a wraz z nim talerz na bok i zaczął mi się uważnie przyglądać.
- Ron z naszą przyjaźnią koniec, po tym wszystkim co zrobiłeś, jak zmusiłeś mnie siłą, abym była z Tobą w tym lesie, obwiązana sznurem przy drzewie... To jak chciałeś abym odeszła od Freda! Na brodę Merlina! Czyś ty zwariował?!
Spojrzał na mnie wielkimi oczami, pełnymi zaskoczenia, ale po chwili zauważyłam złość.
- Ja?! Nie! Kocham Cię i nie odpuszczę!
- Gdybyś kochał, byłbyś gotowy usunąć się w cień! Bo ja Ciebie nie kochałam, nie kocham i kochać nie będę! Chcesz to na piśmie?!
Zacisnął pięści w dłonie. Wzięłam głęboki oddech, nie mógł mi nic zrobić, wszyscy byli w domu. Jednak wiem, że będzie próbował. Podchodził do mnie powoli a ja za każdym razem cofałam.
- Zrobię dla Ciebie wszystko! A ten dupek, pobawi się Tobą i Cię zostawi!
- Nie nazywaj go tak! Nigdy Cię nie pokocham rozumiesz?! Nie zbliżaj się do mnie więcej!
Chwila nie uwagi i dostałam w twarz, a dokładniej pod okiem. Złapałam się za ranę. Z zaskoczenia i przerażenia jednocześnie, rozchyliły mi się lekko usta, a ja sama spojrzałam na niego, wzrokiem strachu. Po chwili kiedy zrozumiał co zrobił, zaczął do mnie powoli podchodzić.
- Odejdź, nie zbliżaj się! Zostaw mnie w spokoju!
Okrążyłam stół i pobiegłam po schodach czym prędzej do łazienki. Nikt nie mógł mnie zobaczyć w takim stanie, a zwłaszcza Fred. Nie miałam pojęcia jakby zareagował, na pewno impulsywnie. Zamknęłam drzwi na klucz i usiadłam, na zimnych kojących moją skórę płytkach. Oddychałam szybko, to z ogólnego strachu. Jak on mógł posunąć się do takiego czegoś!
Nie było mi dane, posiedzieć w samotności ponieważ ktoś zapukał do drzwi.
- Kto tam?
- To ja.
Rozpoznałam ten głos, Freddie. Nie chciałam żeby zobaczył mnie w takim stanie. Być może już miałam limo pod okiem.
- Poczekaj chwilkę!
Ponieważ jeszcze się nie malowałam, ba nie miałam na to czasu postanowiłam się trochę odświeżyć. Najpierw nałożyłam puder na twarz, tak aby zamaskować miejsce, w którym miał powstać siniak. Dopiero teraz wyszłam do Freda.
Stał pod drzwiami, wyczekując na moje nadejście. Jednak ja jeszcze nie zamierzałam wyjść. Musiałam zmyć z siebie to wszystko.
- Wiesz chciałabym się odświeżyć. Poczekasz na mnie? - spytałam z jakby wymalowanym uśmiechem na ustach.
- Jasne, będę u siebie.
Posłałam mu ostatni uśmiech po czym zamknęłam drzwi. Oparłam się o nie i odetchnęłam. Przynajmniej będę miała dużo czasu by się uspokoić. Stwierdziłam, że wezmę gorący i orzeźwiający prysznic. Zdjęłam ubrania i odkręciłam kurek z ciepłą wodą. Poczułam się odstresowana i zrelaksowana. Namydliłam ciało zapachem lilii i gardenii, a potem spłukałam. Wyszłam spod prysznica. Osuszyłam ciało rękcznikiem i zabrałam się za nakładanie makijażu. Puder musiałam nałożyć od nowa, ponieważ spłynął podczas mycia. Przeciągnęłam rzęsy tuszem, a usta pomalowałam bezbarwnym błyszczykiem. Chciałam się przebrać w czyste ciuchy, dlatego zgarnęłam poprzednie i owinięta w ręcznik wyszłam z pomieszczenia. Przemknęłam do mojego pokoju, ale nie spodziewałam się kogo tam zastanę. Fred miał czekać w swoim i George'a pokoju a nie u mnie.
- Fred! - wszasnęłam przeraźliwie głośno.
Bliźniak spojrzał na mnie i aż mu szczęka opadła. Przecież widział mnie w bikini, ale chyba w samym ręczniku miał inne wrażenie. Nawet ja miałam inne. Zasłonił ręką oczy, ale zdążył jeszcze zabawnie poruszyć brwiami. Spojrzałam na niego surowo, a on tylko się uśmiechnął.
- Gdzie miałeś być! U SIEBIE! - skarciłam go. Nie chciałam by widział mnie pół nagą, owiniętą jakimś ręcznikiem, który lada chwila mógł spaść. 
- Oj, przepraszam chciałem zaczekać na Ciebie tutaj. Skąd mogłem wiedzieć, że będziesz się aż tak odświeżać! - powiedział to spokojnie, ale ja i tak wiedziałam, że powstrzymywał chichot. 
- WYNOCHA!
Podniósł się jak strapiony i powlókł się do drzwi. Ale zamiary miał zupełnie inne. Podszedł do mnie i objął mnie rękami w talii, nachylił się i wpił się w moje usta. Przyciągnął mnie do siebie, jedną ręką mnie obejmował a drugą dotykał policzka. Moje ręce były splątane w jego włosach, ledwo co dotykałam stopami twardego gruntu. Fred lekko podniósł mnie, jakbym była niczym piórkiem, a ja oplotłam go nogami. Oparł mnie o ścianę i przeniósł swoje usta na szyję. Było mi tak gorąco, a byłam odziana w sam ręcznik. Niesamowite jaki żar mógł wywołać pocałunek. Po chwili powrócił do ust, a ja czułam, że rozpala mnie jeszcze bardziej niż wcześniej. 
Chłopak oderwał się ode mnie i spojrzał mi prosto w oczy. Uśmiechnął się do mnie tak pięknie, że miałam ochotę się rozpłynąć. Oddychałam szybko, to zapewne przez moje serce. Waliło i biło jak na alarm. Poczułam, że ręcznik się obluzował więc instynktownie złapałam za niego. Rudowłosy natychmiast mnie puścił i odszedł ode mnie na bezpieczną odległość. Spojrzałam na niego pytająco, jednak on pokazał swoje śnieżno-białe zęby ale jakby sztucznie. To nie był ten sam prawdziwy, łobuzerski uśmiech.
- Przepraszam, zapędziłem się. 
- Jeśli chodzi Ci o ten ręcznik to nie twoja wina. - wiedziałam, że to akurat chodziło po jego głowie. Inaczej by mnie nie przepraszał. 
- Poczekam na ciebie w tym miejscu gdzie POWINIENEM BYĆ. - odparł, ale z naciskiem na ostatnie słowa. 
Wyszedł powoli zamykając drzwi. A ja zaczęłam zastanawiać się, co go tak zdenerwowało. 


~*~

Cześć! Nie było mnie tu od 22 czerwca, a dzisiaj (dzięki Bogu!) mamy 17 lipca. Nie dodawałam długo postu ponieważ chciałam powoli i bez żadnych stresów cokolwiek dodawać. Zresztą, wakacje, długą śpię a potem nie ma mnie w domu. Praktycznie cały dzień wychodne :) Nie martwcie się, rozdział zawsze będzie, krótki czy długi, ale coś będzie. No nie przynudzam, za to zachęcam do komentowania! Jeden mały komentarz, czy pozytywny czy negatywny, dużo dla mnie znaczy :)

niedziela, 22 czerwca 2014

Rozdział 27 ,,W rękach wroga."


Usłyszałem jakieś trzaski, jakby coś spadało. Przestraszyłem się, domyślałem się, że to nie było coś tylko ktoś. A mianowicie Hermiona.
Zbiegłem po schodach i o mało co nie potknąłem się o leżącą na posadzce szatynce. Wyglądała strasznie, siedem nieszczęść w tak kruchej istocie. Podniosłem ją, stwierdzając, że coś jest nie tak. Coś jakby ,,szczęknęło" w okolicach jej kręgosłupa. Kiedy się nachyliłem, aby sprawdzić jej puls i oddech, nic nie czułem, ani nie słyszałem. Przestraszyłem się, wyglądała jakby na prawdę umarła! Ostatnie to co nie dawało mi takich potwierdzających informacji był fakt, że jej ciało było ciepłe. Rozejrzałem się po domu i stwierdziłem, że nikogo nie ma, albo domownicy są w ogrodzie. Położyłem starannie dziewczynę na kanapie, a sam wybiegłem na ogród, w poszukiwaniu matki.


 ~*~

Otworzyłam oczy. Byłam w jakimś białym pomieszczeniu, zaś daleko znajdowało się żółte światło. Gdzie byłam? 
Ubrana w białą sukienkę, do ziemi, która się za mną ciągnęła, i płaskie, tego samego koloru ,pantofelki.  Co się dzieje? Umarłam, po raz 2?! Nic nie rozumiałam. Miałam jednakże nadzieję, że trawiłam tu po to aby się dowiedzieć i zrozumieć wszystko co było zagadką. A tą tajemnicą było moje życie. Nagle, w oddali, zobaczyłam majaczącą postać. Siwa broda do ziemi, ręce założone z tyłu. Mężczyzna w podeszłym wieku, jednak mogło się wydawać, że jest osłabiony. Tak na prawdę, mógł nie jednego zaskoczyć. Odziany w szaty szkarłatnego koloru. Zmierzał w moją stronę, a ja usiłowałam sobie przypomnieć kim on jest. 
Kiedy odległość między nami była nie duża, uświadomiłam sobie kto to jest. A wraz z nazwiskiem tej osoby pewne wspomnienie.

Widziałam siebie. Mała, jedenastoletnia dziewczynka o burzy brązowych loczków, słucha uważnie tego pana, który w tym samym czasie do niej zmierza
- Hermiono Jean Granger, zostałaś przyjęta do szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Będziemy zaszczyceni mogąc cię uczyć.
- Mamo! Jakiś starszy pan mówi, że jestem czarodziejką! -wrzasnęła dziewczynka na cały dom. 
Obraz zaczął przypominać wielką plamę rozlanego mleka jak stół, a ja już zdążyłam spostrzec, że starzec stoi obok mnie. Przez jedno wspomnie uświadomiłam sobie kim tak na prawdę jestem. Może nie do końca, ale więcej wiedziałam niż przypuszczałam.
-Witaj Hermiono. Czy wiesz kim jestem? - spytał siwobrody. Skinęłam głową. Tyle mu wystarczyło by kontynuować dalej.
- Profesorze, co się dzieje? Czy ja, umarłam? - spytałam z dociekliwości. - Straciłam pamięć i skąd...
Nie dane mi było dokończyć, ponieważ Dumbeldore, przerwał mi skinieniem dłoni.
- Panno Granger, wszystko w swoim czasie. - odparł, starzec. - Co chciałabyś wiedzieć? 
Zastanowiłam się chwilę. Ile dane mi było tutaj zostać? Czy wystarczająco długo, aby wiedzieć o sobie tyle aby żyć w świadomości? Znowu w moim życiu zagościły tylko pytania, a brak odpowiedzi. Teraz może się to zmienić, wystarczy zadać odpowiednie pytania, ciągnące za sobą sznur wydarzeń. Tylko, czy szczęście mi dopisze? 
- Ile mamy czasu? - spytałam, licząc na dobrą odpowiedź.
- Tyle dopóty, nie poznasz wszystkich nurtujących cię rzeczy. 
Uśmiechnęłam się szczerze, chyba pierwszy raz od przebudzenia. Wiedziałam już na pewno. Będę żyć jak dawniej. 
- Dobrze, życie zostawimy na koniec. Może najpierw wyjaśnijmy zdarzenie, które miało miejsce niedawno. Chodzi o moją złość. Podniosłam wtedy kufer, siłą woli. Jak to wytłumaczyć?
- Widzisz Hermiono, to na prawdę unikatowy dar. Słyszałaś może kiedyś o telekinezie? 
- Tak. W mugolskim świecie, w czarodziejskim byłam pewna, że nie jest możliwa. 
- I tutaj masz rację, panno Granger. Nie istnieje. Jednakże ty jesteś z pochodzenia mugolką, ale uczysz się w innym świecie. 
- Czy mogłabym się tego jakoś pozbyć? Tracę przy tym dużo siły. - spytałam profesora. 
- Wszystko powinno zniknąć, kiedy będziesz wiedziała wszystko o sobie. Po to tutaj jesteś. - odpowiedział z lekkim uśmiechem. 
- Czas jest tutaj taki jak na ziemi? - dość nietypowe pytanie, jednak inni mogą się martwić. W końcu byłam w śpiączce. 
- Nie. Każda godzina tutaj odpowiada dniowi. 
- Świetnie, będę nie przytomna może tydzień... - zmartwiłam się. Kolejny nie fart w moim świecie. 
- Cóż, nie wszystkim trzeba się przejmować. To ty musisz być szczęśliwa nie inni. 
- Prawda, jednak ja nie potrafię się martwić o moich bliskich. - odparłam, z westchnieniem. Czułam jakby mi coś ciążyło na sercu, taki wielki kamień. - Zna profesor zaklęcie Enlartsa?
- Tak. To inaczej kropla astralna, czytana od tyłu. Wtedy, w dworze Malfoy'ów Lucjusz, użył go byś dalej żyła. Chyba wiesz dlaczego, prawda? - przerwał uważnie mi się przyglądając. Ja tylko skinęłam lekko głową. - Niestety, Twoje ciało jest w Malfoy Manor. Co prawda ty to ty, ale tam są zamknięte wszystkie twoje wspomnienia. Jeśli się nie pośpieszymy, Śmierciożercy zaczną je mieszać, tak abyś była po ich stronie. Zmienią cię nie do poznania. 
Byłam zła, zdruzgotana. Ja to nie ja? Jak mam to teraz rozumieć? Czyli jestem dalej sobą, tylko rozdwoiłam się na dwie części? To by było zrozumiałe, chociaż jak można się podzielić? Szkoda tylko, że wszystko co wiedziałam, musiało zostać tam gdzie nie powinno. W rękach wroga. 
- Wszystko jest takie skomplikowane. Czy życie nie może być proste, bez żadnych trudność? - spytałam pełna żalu i rozpaczy. Dumbledore mógł mi odpowiedzieć na wszystkie pytania, trzeba było skorzystać z okazji.
- Wtedy to co teraz masz nie było by życiem. Byłoby monotonią. 
Miał rację, nie można było dostać wszystkiego na tacy. Trzeba się cieszyć tym co jest nam dane. Wracając do moich problemów z pamięcią. Poproszę Dropsa, aby spróbował mi po jeszcze kilku pytaniach, bez zbędnych ceregieli, przywrócić pamięć. Nie chcę dłużej czekać, muszę wiedzieć co będzie dalej, ze mną. A szczególnie z Fredem. Czy dalej go kocham? 
- Czy po tym wszystkim, dalej będę z Fredem? - spytałam, bez namysłu. A po chwili pożałowałam. To tylko i wyłącznie moja sprawa, sama to muszę rozegrać. Było już za późno na powiedzenie, innego pytania.
- Dobre pytanie. Mam nadzieję, że miłość nie jest ulotna. Ona po prostu musi znaleźć właściwą drogę, rozwiązanie. 
Westchnęłam, nie znał odpowiedzi. W końcu, to człowiek wszechwiedzący, jednakże chyba sama muszę znaleźć odpowiednie rozwiązanie. 
- Profesorze mogę o coś pana prosić? - spytałam nieśmiało. Chyba czas wrócić do świata, i wyjaśnić parę rzeczy. 
- Słucham. 
- Czy jest sposób aby już teraz przywrócić mi pamięć? Nie mam więcej pytań, muszę pozałatwiać wszystkie sprawy. - miałam nadzieję, że się zgodzi. Na pewno coś wymyśli. - Tylko czy wtedy wrócę do swojego pierwotnego ciała? 
- Na to liczyłem, czułem, że nie masz dużej ilości pytań. Zawsze liczyłaś na swój rozum, i to w tobie cenię. Oczywiście, że jest. Zamknij oczy i pomyśl o tym co cię najbardziej dręczy. W tym przypadku twoja pamięć. Ja po otwarciu oczu zniknę, a ty już wszystko będziesz pamiętać, oraz wrócisz do Malfoy Manor. Nie martw się, gdy tylko się tam znajdziesz, wrócisz do kropli astralnej i wszystko wróci do normy. Gotowa?
Skinęłam głową, zamknęłam oczy i pomyślałam o utracie pamięci. Nie wiem ile to trwało, ale otwarłam oczy a Dumbledore'a już nie było. Nagle wszystko się zaczęło rozmywać, a ja byłam o dziwo szczęśliwa. 
I te wspomnienia! Rodzice, pierwszy rok w Hogwarcie, troll w łazience, rozwiązanie tajemnicy Komnaty, Syriusz Black, Turniej, w którym mogło zginąć wiele osób, a brał w nim udział Harry. Ten Harry, który jest Wybrańcem! To ona ma zabić Voldemorta, potężnego czarnoksiężnika. Wroga, naszego wroga. Stowarzyszenie Zakonu Feniksa, i moja miłość do Freda. Nasz pierwszy pocałunek, w strugach deszczu taki o jakim zawsze marzyłam. I wiem przynajmniej kto spowodował mój rzekomy wypadek z utratą pamięci. Ron! A ja mu tak ufałam, czemu był o mnie tak zazdrosny. Tylko dlaczego pamiętałam wszystko po powrocie od MAlfoy'ów? Cóż upadek do czegoś też się musiał przyczynić, Śmierciożrcy musieli to planować i tylko czekali. 
I nareszcie z nieświadomości to tego na co czekałam. Uczucia powróciły. Kocham Freda do szaleństwa! Chciałabym być na zawsze w jego sercu, umierać z tęsknoty gdy go nie będzie, czekać całymi dniami i nocami, aż przyjdzie i weźmie mnie w ramiona, te bezpieczne ramiona, zaopiekuje się mną. To, stało się takie realne! Oby nikt tego nie zepsuł. 
Znalazłam się w swoim pierwotnym ciele. Zdążyłam zobaczyć, czarno-zielone zdobienia i już otwierałam oczy w Norze. 
Ktoś siedział przy moim łóżku, wyglądał na naprawdę zmęczonego i smutnego. Jakby uleciało z niego całe życie. Tym kimś był mój kochany Freddie. Przyglądałam mu się od dobrych paru minut, jednak on miał spuszczoną głową i nie widział, że się obudziłam. Chrząknęłam znacząco, a on jak poparzony podniósł głowę. Uśmiechną się, tak cholernie pięknie, że miałam ochotę udusić go ze szczęścia. Zagarnęłam go w swoje ramiona, a on z zaskoczeniem, ale mimo wszystko oplótł moją talię rękami. Cudownie, można było napawać się jego cudownym zapachem, tą bliskością. 
- Hermiono, jak się czujesz? - spytał, odsuwając mnie lekko od siebie. Chyba nie był pewny, czy dobrze się czuję.
Zareagowałam szybko, nie chciałam czekać. Dość miałam niepewności. Pocałowałam go. Wpiłam się w jego usta, i stwierdziłam, że chce być tylko z nim. Jak mogłam kogoś aż tak kochać?
Po chwili oderwaliśmy się od siebie, z braku tchu. Jednak widziałam, że nie jest pewny czy ja, to ja.
- Hermiono... Wszystko w porządku? - spytał patrząc na mnie jak na głupią. 
- Tak. 
- Przecież... Ty mnie... To znaczy, pocałowaliśmy się 2 dni temu, a potem ty spadłaś ze schodów. Nie chciałaś tego pocałunku, więc o co chodzi? Dlaczego mnie całujesz? Bawisz się mną?! 
Nie spodziewałam się tego. Czemu tak wybucha? Chce żebyśmy byli razem czy już nic do mnie nie czuje?!
- Kochasz mnie? - spytałam, skruszona. Chciałam płakać, a przed chwilą rozpierało mnie szczęście.
Nie odpowiedział. Czemu ja się tak łudziłam? Straciłam pamięć, a on już stracił nadzieję, ze cokolwiek z tego naszego związku będzie. Chciałabym by było jak dawniej. Czy da się to jeszcze naprawić?
Zaczęłam płakać, nie mogłam tego powstrzymać. Nie minęło sporo czasu, a ja już miałam mokrą twarz od łez, i dłonie od ich wycierania. Spojrzałam na niego pełna żalu, wstałam, podeszłam do okna. Był ciepły i słoneczny dzień. Bez najmniejszej chmurki, a ja? Zapłakana!
- Uraziłem cie czymś? - spytał. 
Chyba nie wiedział, dlaczego płaczę. Ba, nawet nie wiedział, że wiem w stu procentach kim jestem. Wygłupiłam się, jednak emocje brały górę.
- Odpowiedz mi, kochasz mnie? - musiałam to na nim wymusić. 
- Zawsze, o każdej porze dnia i nocy. 
I znowu, łzy. Tym razem ze szczęścia. 
- Dlaczego płaczesz? - spytał. - Przecież nic nie pamiętasz... Nawet nie wiesz, gdzie się całowaliśmy i jak...
- Pod drzewem, w deszczu. Tak jak sobie wymarzyłam. - odparłam. Jego mina była bezcenna. Chyba wiedział już, że ,,wróciłam".
- Pamiętasz? - dalej nie dowierzał. 
- Tak. Wtedy przez te dwa dni, kiedy tutaj byłam w śpiączce, rozmawiałam z Dumbledore'm. A tam to tylko dwie godziny! Przywrócił mi pamięć. A ja wróciłam do swojego pierwotnego ciała. Wiesz, że rozmawiałeś z moją identyczną kopią, a moja pamięć była zamknięta w pierwotnym ciele? 
- Powoli, powoli. Powiedz wszystko od początku. 
Opowiedziałam mu o tym o czym rozmawiałam z Dropsem, i innych do tej pory niewyjaśnionych rzeczach. 
- Więc już wiesz co nas łączy? - spytał unikając mojego wzroku. Jakby się bał, że pocałowałam go w przypływie emocji. 
- Wiem. Nie masz się czym martwić. - uśmiechnęłam się, a on wstał i podszedł do mnie. 
- Co dalej z nami? 
- Jeżeli mnie kochasz, bądź my razem. Może w końcu nam się uda. - powiedziałam, pełna nadziei. Marzyłam o tym abyśmy byli razem, szczęśliwi, na zabój zakochani.
- Kwestia tego, czy mnie kochasz. - mruknął, podnosząc prawą brew do góry. Wyglądał tak przystojnie kiedy się nad czymś zastanawiał.
- Nie całowałabym Cię gdyby tak nie było. - westchnęłam. Nareszcie to z siebie wykrztusiłam. 
- Cieszę się, że wróciłaś. - powiedział i wyszczerzył swoje śnieżno-białe zęby. 
Zagarnął mnie w swoje ramiona i przytulił. Czułam się spełniona. 

~*~

Proszę, oto nowy rozdział. Mam nadzieję, że nie czekaliście długo i jacyś czytelnicy jeszcze tu są :) Nie zanudzam, zapraszam do komentowania. Fred i Hermiona znowu razem, tak jak planowałam :D!


















































piątek, 6 czerwca 2014

Rozdział 26 ,,Świat jest taki niesprawiedliwy!"


Wyznałam mu miłość?! Czy byłam w nim aż tak zakochana żeby wyznawać miłość? Skąd mogę to wiedzieć, skoro straciłam pamięć. A co jeśli się całowaliśmy?! Przecież nic o nim nie wiem, a on mówi, że jesteśmy parą! Prawda, jest przystojny, ale to nie zmienia faktu, że nic o nim nie wiem. Czemu wszystko musi się tak komplikować?
- Czy my... No wiesz? - jąkałam się niemiłosiernie. Bałam się usłyszeć całej prawdy. A może nie chciałam jej usłyszeć?
- Czy się całowaliśmy? - spytał patrząc się na mnie uważnie. Widocznie próbował odgadnąć, moje uczucia i emocje, które tak bardzo dusiły mnie w środku.
Kiwnęłam głową.
- Tak.
Nie! Przecież bym tego nie zrobiła! Nie mogłabym go aż tak bardzo pokochać! Co się dzieje, czemu mnie to spotyka?!
- Kochasz mnie? -  nie chciałam się o to zapytać, a jednak. Nawet nie wiem kiedy te słowa wypłynęły mi z ust.
Milczał. Oby dwoje milczeliśmy, z taką różnicą, że ja czekałam na odpowiedź. Co jeśli na prawdę mnie kochał? Nie chciałam go ranić. Nie mogłam mu tego zrobić. Ale, co jeśli miłości się nie wybiera? Jeśli znowu by mnie w sobie rozkochał byłoby tak jak dawniej. Być może... Teraz jestem całkiem inną osobą, nic nie wiem o sobie, ani o nim! Nie zapędzaj się, Hermiono! Nie wiesz, co może Ci odpowiedzieć.
- Możemy o tym nie mówić? - zamiast odpowiedzi usłyszałam pytanie.
- Dlaczego?
- Nie chcę o tym teraz rozmawiać. - powiedział, nie patrząc na mnie. - Nie czas na takie rozmowy...
- A kiedy będzie czas?! - wybuchłam, było mi źle, bardzo źle. Gryzłam się sama z sobą. - Chce poznać prawdę! Dobrze wiesz, że jest mi ciężko!
- Hermiono, musisz mnie zrozumieć. Nie chcę Cię wystraszyć swoim uczuciami. Nie uważasz, że jeszcze za wcześnie? 
Ruszyłam lekko, głową. Przyznałam mu rację, nie mogłam oczekiwać odpowiedzi od zaraz. Zaczęłam się zastanawiać dlaczego akurat mnie musiał spotkać taki los. Zawiniłam czymś? Byłam dla kogoś niedobra? Co zrobiłam nie tak w własnym życiu?! Fred mówi, że nie byłam zła, to fakt miałam charakterek, ale...? Nie! Nie! Nie! To na pewno nie moja wina! Kto mógłby być tak okropny i spowodować utratę wszystkich dotychczasowych wspomnieć i wiedzy o sobie? 
Nagle, nie wiadomo skąd, zaczęłam płakać. Nie wiedziałam dlaczego, po co. Męczyłam się sama z sobą nie wiedząc kim jestem. Świat jest taki niesprawiedliwy!
- Hej, dlaczego płaczesz? - spytał rudzielec. Słyszałam przerażenie w jego głosie, ale nie przejęłam się tym. Pewnie nie raz widział jak płaczę.
Nie odpowiedziałam na jego pytanie, wstałam i zaczęłam desperacko chodzić po pokoju. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, czy zawsze taka byłam? Ni stąd, ni zowąd, zapragnęłam czymś rzucić. Pierwsze co przyszło mi namyśl, to jakaś torba, ewentualnie kufer. Spod łóżka ,,wyfrunął" kufer, nie wiele myśląc pomyślałam, że rzucę nim o ścianę. Kufer trzasnął o ścianę, z głośnym hukiem. Spojrzałam zaskoczona na swoje ręce, a potem na ścianę i miejsce gdzie leżał kufer. Stwierdziłam, że nawet nie ruszyłam rękami! To było tak bardzo irracjonalne, że chciało mi się śmiać. 
Spojrzałam na Freda, który wyglądał jakby dostał w twarz. Zaskoczenie na jego twarzy, było nie do odwzorowania. Przestraszyłam się, czyżby było coś ze mną nie tak? Poczułam, że jest mi słabo, słaniając się na nogach, doszłam do Freda i z łoskotem rzuciłam się na łóżko. Zamknęłam oczy i starałam się nie zemdleć z przerażenia jakże i z takowego wycieńczenia. Z pewnością spowodowało to... To coś. Ciekawe jak to w świecie czarodziej nazywają. 
Zmęczenie wygrało.



~*~


Usłyszałam czyjeś głosy, jednak nie byłam skora do otworzenia oczu. Wręcz nie mogłam tego zrobić, jakby coś mnie przed tym powstrzymywało. Czułam ból, niesamowity. Jakby całe moje ciało rozdzierało się na dwie części. Nie mogłam ruszyć rękami, nogami. Tak jakbym bała się poruszyć, lub UMARŁA. Czy to możliwe, że mam aż tak świadomy sen? Wszystko, podobnież odczuwa się o wiele razy mocniej, niż w normalnym życiu. Na dodatek czułam jakbym wirowała, delikatnie w powietrzu. 
- Co się stało? - szepnął ktoś, jednak można było go usłyszeć. Musiałam być blisko niego. Po głosie rozpoznałam, że to chłopak. 

- Dom, w którym była zawalił się a ona jako jedyna została w środku. Jednak zabraliśmy ją tutaj, może jeszcze nie jest za późno. - jak bardzo byłam ważna dla kobiety, która przemawiała? - Idź. Powiemy ci czy da się ją uratować.
Może to było przyczyną utraty pamięci? Byłoby to bardzo rzeczowe i logiczne. Ale, przecież żyję! Czyżby te osoby, użyły zaawansowanej magii (bo na pewno jakaś jest), aby mnie uratować? Co mogłam przez to rozumieć? Za dużo pytań i zero odpowiedzi. 
- Lucjuszu musimy coś zrobić! Dopiero co ją odzyskaliśmy! - krzyczała kobieta, która przed chwilą się o mnie martwiła. Lucjuszem musiał być jej mąż, próbujący przywrócić mnie do żywych. 
-  Enlartsa! - z pewnością było to zaklęcie, tylko brzmiało, jak... Coś w innym języku? Nie wiedziałam jak mogłam sobie to wyperswadować. 
Nie czekając długo, zaczęłam odczuwać skutki zaklęcia. Nie odczuwałam już bólu, w każdym kawałku mojego ciała. Usłyszałam swój oddech, wszystko wróciło do normalnego stanu, oprócz oczu. Dalej nie mogłam ich otworzyć. Wydawało mi się, że ktoś je skleił, tak abym nic nie mogła zobaczyć.
- Co to za zaklęcie? - ktoś znowu przemówił.
- To nie jest teraz ważne. - odpowiedział mężczyzna ratujący mi życie, Lucjusz.
- Chcę aby się do nas przyłączyła, jednakże na razie nie jest jeszcze na to gotowa. Może odeślemy ją do Weasley'ów? Ważne, że już wiemy kim jest nasza córka.
- Jesteś tego pewna? Możemy zacząć życie od nowa, razem z nią. Wystarczy tylko Oblivate. - 

- Tak. 
To musiała być rodzina znająca ludzi, u których mieszkam! Może nawet znali się bliżej niż mi się wydaje?  Oblivate? ,, Możemy zacząć życie od nowa, razem z nią. Wystarczy tylko Oblivate" Skoro zacząć życie od nowa, to mogło by to być zaklęcia nieodwracalnego wymazania pamięci? Usłyszałam tupot stóp, a potem już nic nie słyszałam. Byłam w nicości. 

~*~

Co się z nią dzieje? Dlaczego tak nagle zemdlała? I jeszcze ten kufer! Zdawało mi się, że mimo straciła pamięć i dalej była tą samą osobą, wcale tak nie jest. Mogłoby się wydawać, że taka zdolność, przenoszenia przedmiotów jest nienormalna, wręcz dana tylko wybranym. Ale czy tak jest? Może każdy ma w sobie tę moc. Próbowałem ją obudzić, jednak nie udawało mi się to. Chciałem cierpliwie poczekać, ale nie mogłem. Ogarnęła mnie panika.
Jednak na próżno, bo Hermiona otworzyła oczy. Spojrzała na mnie pytającym i żądającym wyjaśnienia wzrokiem, a ja odpowiedziałem jej tym samym. Każdy z nas inaczej myślał, nie wiedzieliśmy wzajemnie, o co każdemu z osobna chodzi.
- Kto to Lucjusz? Co było przyczyną spowodowania mojego wypadku i utraty pamięci? Co to za zaklęcie Enlardsa? - Hermiona zasypywała mnie pytaniami, a ja nie wiedziałem co jej odpowiedzieć.
- Poczekaj opowiedz wszystko od początku. 
Opowiedziała mi jak przyśnił jej się dość dziwny sen. Mogła tylko słyszeć nie widzieć. Mówiła o Lucjuszu i o zawaleniu się domu. Istotną rzeczą było również zaklęcie wypowiedziane przez mężczyznę, dzięki któremu powróciła do nas. 
- Lucjusz jest to ojciec Dracona Malfoy'a, jesteście na jednym roku w Hogwarcie. Tylko on należy do domu Slytherina, a ty do Gryffindoru. Jego matką jest Narcyza Malfoy, kobieta, która w śnie się o Ciebie zamartwiała. Nie znam tego zaklęcia, Hermiono. Pierwszy raz je słyszę.
- A co oznaczał mój sen? Czy to zdarzyło się na prawdę? - dopytywała się. Niestety ja mogłem tylko przypuszczać co to znaczyło.
- Trzy tygodnie temu, zawalił się dom, w którym wcześniej przebywaliśmy. Ty jako jedyna zostałaś w środku. Potem kiedy się zorientowaliśmy, że cię nie ma, zjawili się właśnie oni... Narcyza i Lucjusz... - niedane mi było dokończyć.
- Razem ze Śmierciożercami? Poplecznikami Sam-Wiesz-Kogo, prawda? Wiem o co chodzi w tej kwestii. 
- Skąd? - ledwo co wypowiedziałem to jedno słowo.
- Powoli zaczynam sobie przypominać, Freddie.
Zaskoczyła mnie, nawet nie wiedziała jak bardzo. Czyżby jeden sen mógł przywrócić tak wiele wspomnieć? Przecież to to cztery lata udręki z Czarnym Panem i  przez może pół godziny przypomniała sobie to? Przecież wokół tego krążyło jej życie.
- Dokończ co zacząłeś mówić.
Odetchnąłem głęboko - Wtedy oni cię właśnie zabrali, a my nic nie mogliśmy zrobić, bo...
- Harry'emu groziłoby niebezpieczeństwo, prawda? Od lat prawda? 
Znowu zbiła mnie z pantałyku. Cholera! To istny cud!
- Tak. A potem jak gdyby  nigdy, nic wróciłaś do nas.
- Cóż, chociaż tyle wiem o sobie. 
- Co jeszcze sobie przypomniałaś? - spytałem, sądząc, a raczej mając resztkę nadziei, że wie kim jest do końca.
- Wiem kto spowodował wypadek, oraz początek mojego życia. Pierwszy list z Hogwartu i to zdziwienie w oczach moich rodziców. 
- Hermiono nawet nie wiesz jak się cieszę! - z przypływu nagłych emocji, zagarnąłem ją w swoje ramiona i mocno przytuliłem. Tak bardzo mi tego brakowało.
- Ja bardziej. 
Odsunęła się ode mnie i spojrzała głęboko w oczy. Ja zapomniawszy uprzednio, że nie mogę patrzeć w jej piękne oczy, zgubiłem się. Nie wiedziałem co począć. Zauważyłem, że nasze usta się zbliżają. Dzieliły nas milimetry i w końcu stało się to czego pragnąłem. Nasze usta złączyły się w namiętnym i gorącym pocałunku, jak nigdy. Nawet wtedy gdy wyznawaliśmy sobie miłość, nie było tak jak teraz. Wewnętrznie rozpalał mnie żar, pragnąc więcej, co z pewnością było widać na zewnątrz. Widać było, że Hermionie też się się to podoba, więc brnąłem dalej. 
Jednak nie trwało to długo, bo Hermiona niespodziewanie się ode mnie odkleiła. Spojrzała na mnie i po chwili wybiegła z pokoju. 
Co znowu zrobiłem nie tak?

~*~

Dlaczego to zrobiłam? Przecież nie chciałam żeby tak się stało! Ale mimo to nie protestowałam, to też było faktem. Nie zważając na to jak biegnę po schodach, nie umyślnie się potknęłam i turlając się po schodach, próbując się zatrzymać spadłam, na płytki. Zrobiło mi się słabo, jednak opanowałam ból i się podniosłam. Jednak nie przewidziałam tego, że usłyszę trzask w kręgosłupie i zmieni się całe moje dotychczasowe życie. Za bólem w kręgosłupie zobaczyłam jakby moje życie przeleciało mi przed oczami. Natłok głosów, dźwięków i wydarzeń stał się nie do wytrzymania. 
Przegrałam walkę, upadłam na posadzkę.


~*~

Ajajaj! Jak długo mnie tu nie było, jakby minęła wieczność. Ostatni rozdział zbierał się w kwietniu, a dokładniej 26. No cóż potrzebowałam sporego odpoczynku. Wiem, bardzo tragiczny ten rozdział, same wypadki! Ale to jeszcze nie koniec, także trzymajcie kciuki i do następnego :3!
+ Małe wyjaśnienie.
*Enlartsa- to inaczej kropla astralna. Czytane od tyłu daje ,,astralne". 

sobota, 26 kwietnia 2014

Rozdział 25 ,,...moją bratnią duszą"


Dlaczego to spotkało akurat mnie?! Zasłużyłem sobie na to?! Nie pamiętała mnie, a co gorsza nie kochała. Wiedziałem tylko, że byłem w jej śnie. Oby to był dobry znak, nie chcę żeby pomyślała, że jestem kimś zupełnie dla niej obcy. Wiedziałem, że teraz mogę szukać wsparcia tylko i wyłącznie u George'a. Był dla mnie bardzo ważnym członkiem rodziny, moją bratnią duszą. Wyszedłem z pokoju, chciałem znaleźć George'a. Liczyłem na to, że on mi pomoże. George, był w ogrodzie. Rozmawiał z Ginny, która nie wyglądała za dobrze. Podpuchnięte oczy, niedbałe ubranie, oraz jej ręce przypominające trzęsienie się ziemi. Westchnąłem tylko i podszedłem do brata.
- George, możemy porozmawiać? - spytałem cicho. Od paru dni, nie mogłem mówić normalnie jak zazwyczaj. Zdziwiłem się, wszyscy mówili tak jak powinni. Ale co mogłem zrobić?
Ten widząc w jakim jestem stanie, kiwnął głową. Rzucił Ginny ,,Trzymaj się." I skierował się ze mną do naszego pokoju. Usiedliśmy na swoich łóżkach.
- Dlaczego nic nie pamięta? - spytałem George'a po chwili. - Uderzenie nie mogło być tak silne. Nasz brat to wątły gówniarz!
- Uderzyła o blat, czego mogliśmy się spodziewać? - odparł bliźniak, zarazem pytając.
- Urazu, a nie utraty pamięci. - zdefiniowałem krótko.
- Fred, wiem, że jest ci ciężko. Kochasz ją, a ona kochała ciebie. Nic do stracenia.
- Właśnie George. Kochała, nie wiadomo czy pokocha. - szepnąłem cicho.
Teraz po stracie pamięci może być całkiem inną osobą. Kto wie czy drugi raz pokocha tego samego człowieka? Hermiona przez utratę pamięci, może zmienić wszystkie poglądy, jakie wcześniej wygłaszała. Nie musi już zatracać się w książkach, tak samo jak być nieśmiałą osobą. Mam nadzieję, że nie wpłynie to też na jej charakter. Mogłoby to poskutkować zmianą domu w Hogwarcie.
- Gdzieś w głębi na pewno coś do ciebie czuje. Musimy pomóc jej przełamać blokadę. - powiedział George, uważnie badając mnie wzrokiem. Chciał wiedzieć jak zrozumiem te słowa.
Blokadę? Czyżby George, miał na myśli, że Hermiona ta, którą tak dobrze wszyscy znamy, jest jeszcze z nami, tylko jakieś wspomnienie, myśl, lub coś niedokończonego nie pozwala jej na bycie sobą? Może gdyby pokazać jej, uświadomić jak dla nas jest ważna, wróciłaby do nas?
- Masz na myśl, że gdyby Hermiona nas bliżej poznała wszystko by wróciło do normy?
George spojrzał na mnie przenikliwym wzrokiem. Myślał o tym samym, ale znalazł nowy sposób.
- Tak. - przytaknął. - Jednak nie powinna poznać nas wszystkich. Na początek powinieneś być to ty. Na osobę, którą kochała zareaguje najlepiej. Potem Harry, Ron, Ginny i ja.
Na dźwięk imienia Ron zagotowało się we mnie. Ale George miał rację. Skoro nic nie pamiętała to być może Rona może uznać za przyjaciela.
- Spróbuję George. - powiedziałem i wyszedłem z pokoju, kierując się do pokoju obok.
Zapukałem cicho do drzwi. Po chwili usłyszałem ciche ,,Proszę" i już wchodziłem do środka.
Na łóżku leżała dziewczyna, o której przed chwilą rozmawiałem z George'm.
- Jak się czujesz? - spytałem podchodząc do niej.
Uśmiechnęła się i wskazała na miejsce obok siebie.
- Wszystko w porządku, nie musisz się martwić.
- Nie chcę cię męczyć, ale... Przypomniałaś sobie coś? - spojrzałem na nią, próbując wyczytać coś z jej pięknych, brązowych oczu. Na próżno.
Starałem się od nich oderwać, ale nie mogłem. To było silniejsze ode mnie. Kiedy w nie spoglądałem zawsze w nich tonąłem. Zdarzało mi się to coraz częściej, od kiedy się w niej zakochałem. Dlaczego tak się działo? Nie wiedziałem.
- Nie. Opowiesz mi coś o mnie? - spytał pośpiesznie, pełna ciekawości.
Tak to z pewnością ta Hermiona, którą znamy.
- No cóż... Jesteś inteligentna, mądra, piękna, zabawna, dowcipna, przyjacielska, ambitna, bystra, cierpliwa, czuła, kochana, delikatna, dobra, energiczna, miła, nieśmiała, niezależna od innych, obowiązkowa, odpowiedzialna, odważna, olśniewająca, pełna życia, pilna, niekiedy pewna siebie... Dużo by wymieniać. Pracowita, przyjemna, punktualność, to twoja najważniejsza cecha. Zawsze przychodziłaś na czas. Co jeszcze mógłbym o tobie powiedzieć? Rozmowna, samodzielna, niekiedy potrzebujesz czyjegoś wsparcia. Czasami myślisz tylko o dobru innych,ąż za bardzo.Skromna, słodka, stanowcza, zdarza ci się być surową osobą. Jest tego jeszcze więcej...
- Ciekawe, mów dalej. - powiedziała Hermiona i uśmiechnęła się do mnie jeszcze szerzej.
- A więc... Sympatyczna, szczera, tolerancyjna, jednakże nie do przesady. Jesteś uparta, jak postawisz na swoim to koniec. Uprzejma, urocza, urzekająca, czarująca, utalentowana. wdzięczna, wrażliwa, wspaniała, wyrozumiała.
- Dlaczego mówisz o mnie w samych superlatywach? Ani jednej wady? - spytała zaskoczona. - Piękna, kochana, olśniewająca, słodka, urocza, urzekająca, czarująca? Nie sądzę bym taka była. 
- Ależ jesteś. Wiem co mówię. Większa połowa Hogwarckich chłopców, wymieni połowę twoich cech. Oczywiście w dobrym znaczeniu. 
- Jak na ciebie mówię? 
- Fred, Freddie. - odparłem. Czy mogło być to dla niej takie ważne?
- Więc Freddie, opowiedz mi coś o sobie. - zaskoczyła mnie. Czyżby chciała mnie bliżej poznać?
- Na prawdę muszę? - spytałem robiąc minę słodkiego psiaczka. Nie lubiłem mówić o sobie. Zawsze byłem gorszy od innych i za takiego się uważałem. 
Hermiona zachichotała. W końcu uległem, pod jej błagalnym spojrzeniem. 
- Cóż... W Hogwarcie uważają mnie za żartownisia, jednego z najprzystojniejszych od czasów Huncwotów. - spojrzałem na nią, z pytającym spojrzeniem. Chciałem wiedzieć czy tłumaczyć jej kim byli Huncwoci. Ona tylko kiwnęła głową, na znak, że nie. - A tak na prawdę jestem... Trochę arogancki, ciekawski, denerwujący, dowcipny, zdarza mi się bycie dumnym, urażając tym innych. Energiczny, gadatliwy, ironiczny. Muszę się wykłócać, o to co mi nie pasuje. Lekkomyślny, leniwy, zbyt pewny siebie...
Nie dokończyłem bo szatynka mi przerwała. 
- Nie, wcale tak nie jest. Tutaj przede mną, jesteś skromny, mało rozmowny. Mówisz dopiero wtedy jak cię o to poproszę. Jakbyś się mnie bał, albo czekał na przyzwolenie. Skoro mówisz, że jesteś największym żartownisiem w Hogwarcie, to co prawda nie musisz być obowiązkowy, co za tym idzie oceny nie są wybitne, ale dobre. Pełen życia, przyjemny, miły. Z pewnością jesteś mądry i inteligentny, cierpliwy. Sympatyczny. Mam wrażenie, że jesteś też uparty, bo sądząc po twoim nastroju wcale być tu nie przyszedł gdyby nie ja. Mam racje? 
Nie wiedziałem co jej powiedzieć. Mimo, że straciła pamięć, znała mnie na wylot. George miał rację nie wszystko jest stracone!
- Tak... Straciłaś pamięć, a jednak wiesz o mnie więcej niż własna matka. 
- Mam dziwne wrażenie, że jesteś dla mnie kimś więcej niż tylko przyjacielem. Ginny, Ron, George, nie przyszli jeszcze tutaj ani razu. Za to ty nie dajesz mi spokoju. Powiedziałeś mi, że łączy nas więcej niż tylko przyjaźń. Więc co?
Serce mi zamarło. Czy ona w ogóle straciła pamięć?! Cały czas czuję jakby była tą samą Hermioną co zawsze! Nic, a nic się nie zmieniła! Jak to możliwe, że kierując się tylko i wyłącznie wrażeniem i uczuciami potrafi powiedzieć o mnie więcej niż ja sam?! Chyba zwariowałem, ale przez to jeszcze bardziej ją kocham. Co jej odpowiedzieć? Mam powiedzieć, że jesteśmy parą, ja kocham ciebie, a ty mnie? Zbyt oklepane i zbyta banalne. Jak ona na jakąkolwiek wersje zareaguje? Mimo wszystko domaga się odpowiedzi i powinna ją znać cokolwiek się stanie.
- Zanim straciłaś pamięć, w tym samym dniu wyznałem ci miłość. Zostaliśmy parą, a potem miałaś już ten wypadek.
- Wyznałeś mi...  Co? - spytała rozkojarzona i zaskoczona. 
Wiedziałem, że tak się stanie. 
- Miłość. Wyznałem ci miłość. I ty zrobiłaś to samo. 

~*~

Cześć i czołem!
Rozdział jak obiecałam pojawił się jeszcze w tym tygodniu. Co prawda późno, ale lepiej późno niż wcale. Wyszedł mi fatalnie, zupełnie nie tak jak chciałam. Wydaje mi się krótszy niż zazwyczaj i jakże oklepany. 
Pozdrawiam wszystkich czytelników mojego bloga i zachęcam do komentowania! ;*

~Tymbarkowa  

wtorek, 15 kwietnia 2014

Rozdział 24 ,,nie odstępowała na krok książek"


Stałam przed bardzo dziwnym domem. Wielki, potężny budynek,który mógł się nie długo rozpaść na części. Dom ten, miał trzy piętra i jedno wielkie poddasze. Dach był jakby różowo-bordowy. Po podwórku ganiały się kury, ale to nie było wszystko. W rogu ogródka stał jakiś stary samochód, zapewne nie nadający się do użytku. Ciekawiło mnie to, czy w tym domu jest coś co chociaż trochę przypominałoby ogród, bo dobrze by było posiedzieć, w tak ciepłe dni na dworze. W końcu jak dowiedziałam się od bardzo miłej kobiety, a dokładniej Molly Weasley, właścicielki tego domu, miałam tutaj spędzić resztę wakacji. Kobieta była niska, pulchna, jednak nie gruba. Ale istotnym faktem było to, że miała rude włosy. Może to był zbieg okoliczności, ale pomyślałam, że to ma jakiś związek z moim snem. Chłopak też był rudy.
Dzisiaj rano zostałam wypisana ze szpitala i od razu trafiłam do rąk tej kobiety. Nie wiedziałam kim dla mnie była, jednak czułam, że jest dobrą osobą. Usłyszałam, jak lekarz mówił do rudowłosej kobiety, że straciłam pamięć. Najgorsze było to, że nie wiedzą kiedy wróci. Obawiałam się, że nigdy nie dowiem się kim jestem. Jak każdy chciałabym mieć normalne życie takie jak wcześniej, bo jakieś na pewno miałam, prawda? Kobieta zdążyła mi powiedzieć, że uczęszczam do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Wytłumaczyła mi, że jestem czarodziejką, która nie odstępowała na krok książek. Zdziwiłam się. Czy byłam aż tak dobra w czarach? To się jeszcze okaże. Innymi dobrymi informacjami było dla mnie to, że dowiedziałam się jak mam na imię. Hermiona, Jean Granger. Dodatkową rzeczą, która się wyjaśniła był sen. Chłopak musiał mnie znać, bo skąd znałby moje imię? Moi rodzice to mugole, czyli nie magiczni ludzie. Uśmiechnęłam się, po raz pierwszy tego dnia. Nareszcie! Nie wszystko pozostaje zagadką. Oby tylko pamięć wróciła do końca wakacji... Nie chcę żyć, tak jakbym musiała zaczynać wszystko od nowa. Deportowaliśmy się pod dom, w którym miałam zamieszkać. I tak oto, teraz mu się przyglądam.
- Kochanieńka mam nadzieję, że twoja pamięć powróci. Witaj w Norze. - powiedziała pulchna kobieta i uśmiechnęła się szczerze.
Odpowiedziałam jej tym samymy i przekroczyłam próg Nory. Zaparło mi dech w piersiach. Dom był niezwykły! Piękny duży salon, z wielką kanapą i fotelami, jadalnia z widokiem na polanę i las w oddali. Kuchnia również była piękna. Ale najbardziej zainteresował mnie zegar, z twarzami za pewne jej synów, męża i córki. Zegar ten wskazywał miejsce, w którym znajdowały się jej dzieci. Byłam zafascynowana tym miejscem, nigdy nie widziałam czegoś tak niesamowitego! Przecież, nie pamiętasz niczego, więc jak mogłaś to widzieć... Jednak wydawało mi się, że musiałam tutaj być, bo skąd znałaby mnie ta kobieta?
- Hermiona wróciła! - wykrzyknęła, a ja usłyszałam tupot stup na schodach.
W tym momencie ukazały mi się cztery rude czupryny! Byłam w szoku! Czy tutaj cała rodzina była ruda? Prawdę mówiąc, od razu kiedy ich zobaczyłam stwierdziłam, że podobają mi się ich czupryny.
Spojrzeli na mnie wyczekującym wzrokiem. Chyba już wiedzieli, że straciłam pamięć. Ja tylko się uśmiechnęłam jednak po chwili zbladłam... Chłopak w moim śnie... Był tutaj! Tylko, że było ich aż dwóch! Stali obok siebie, jeden wpatrywał się we mnie, a drugi miał spuszczony wzrok. Pierwszy chłopak był wyższy od drugiego zaledwie parę centymetrów. Od razu poznałam, że to nie on. Chłopak z mojego snu miał ciemniejsze oczy. Piękne, czekoladowe oczy. Niestety, nie mogłam zobaczyć oczu drugiego chłopca bo miał spuszczoną głowę. Obok stał niższy chłopiec. Brązowe oczy, chyba w moim wieku. Nie zainteresował mnie zbytnio, bo po jego lewej stronie stała długowłosa, ruda osóbka. Była najmniejsza z nich wszystkich, jednak z wyglądu byli bardzo podobni. Widać było, że są rodziną.
- Pamiętasz ich? - odezwała się kobieta, która przyprowadziła mnie tutaj.
Spojrzałam na nich i zauważyłam, że chłopak, który miał spuszczoną głowę podniósł ją tak, że mogłam spojrzeć mu w oczy. Tak! To był on! Chłopak, z którym rozmawiałam  śnie.
- On wydaje mi się znajomy... - wskazałam lekko palcem, na drugiego chłopaka, a jego oczy zaszkliły się blaskiem i zaczęły w nich skakać wesołe ogniki. - To chłopak z mojego snu.
Nagle jego twarz zmieniła się. Znowu stał się smutny i jakby odpłynął gdzieś daleko. Czyżbym sprawiła mu jakąś większą przykrość niż powinnam?
- Może Ci ich przedstawię... Mam siedmioro dzieci, z czego czwórka tutaj mieszka. Bill, Charlie, Percy, są najstarsi. George i Fred, są zaraz po nich. - wskazała kobieta palcem najpierw na pierwszego chłopaka, a potem na tego obok. - Ron, chodzi z tobą do klasy. A to Ginny, moja jedyna córka.
Uśmiechnęłam się do nich wszystkich, jednak oni nie podzielali mojego entuzjazmu. Musiałam być dla nich bliską osobą, bo nieznajomi by tak nie zareagowali. Patrzyłam się na nich na próżno próbując sobie coś przypomnieć. Westchnęłam cicho i spuściłam głowę. Było mi przykro, widząc ich puste oczy, brak uśmiechu. Doszłam do wniosku, że musieli mnie bardzo dobrze znać. Może nawet byliśmy gdzieś daleką rodziną? Teraz pozostaje mi tylko zdać się na ich pomoc, a przede wszystkim pamięć. Czekałam tylko aby ktokolwiek z nich się odezwał choćby słowem. Nie wiem ile tak staliśmy w milczeniu, ale czułam, że trwa to za długo. Chciałam to przerwać, lecz nie wiedziałam jak. Ku mojemu zdziwieniu, odezwała się rudowłosa dziewczyna o imieniu Ginny.
- Chodź Hermiono, pokażę Ci twój pokój.
Weszła po schodach na górę, a ja powlokłam się za nią.
Tak na prawdę nie wiedziałam co mnie czeka w całkiem nowym świecie. W prawdzie, wszystko było dla mnie nowe, tajemnicze, bez rozwiązania. Jednak myśl, że z czasem będzie lepiej dawała mi jakiekolwiek pocieszenie. Tylko, jak długi mógłby być ten czas?
Na piętrze było dużo pokoi. Po lewej stronie trzy, a po prawej dwa. Pierwszy pokój po lewej stronie miał tabliczkę z napisem Ginny, następny Ron. Wyglądało na to, że 3 pokój był niezamieszkany. Po prawej stronie zaś, był pokój Freda i George'a, oraz kolejny pusty pokój. Hol koloru beżowego, idealnie kontrastował z jasnymi, drewnianymi drzwiami. Uśmiechnęłam się w duchu na myśl, że spędzę tutaj dużo czasu.
- Możesz wybrać, który chcesz. - Ginny uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie.
Zastanowiłam się chwilę. Stwierdziłam, że po prawej stronie będzie mi lepiej mieszkać, gdyż Fred i George wyglądają na zabawnych, ale nie odebrałam jakiegoś negatywnego i złego zachowania z ich strony. Cóż, pozory często mogą mylić, jednak ja poszłam na żywioł.
- Wezmę te po prawej. - wskazałam na pokój i zamrugałam parę razy. Obok mnie pojawił się jeden z bliźniaków. Od razu stwierdziłam, że to Fred.
- Pomogę ci. - powiedział prawie nie słyszalnie.
Ja tylko westchnęłam i poczłapałam za nim do mojego nowego pokoju. Fred postawił moją walizkę obok łóżka a ja zaczęłam się rozglądać. Pokój, jak pokój. Kolor był taki jak w holu, okno, łóżko z niebieską narzutą, komoda, szafa i toaletka. Po prawej stronie były drzwi do łazienki. Uśmiechnęłam, się i stwierdziłam, że na dole będę musiała tylko jeść. A tak, mam całe królestwo dla siebie. 
- Na prawdę nic nie pamiętasz? - spytał, a ja bałam się odwrócić i mu odpowiedzieć. Czemu mu tak na tym zależało?
- Przykro mi, ale nie. - odparłam, jednak się nie odwróciłam. - Mogę Cię o coś spytać? 
Odwróciłam się. Chciałam wiedzieć co nas łączyło. Przyjaźń, czy kochanie? 
Kiwnął tylko głową, a ja odetchnęłam głęboko i zebrałam w sobie odwagę. 
- Miałam sen. Byłeś w nim ty, Fred. Wydawało mi się... Jakbyśmy.. No... Byli kimś więcej... - jąkałam się niemiłosiernie. Dlaczego nie mogłam się w prost zapytać? 
- Co masz na myśli? 
Zdenerwowałam się. To chyba z tych nerwów. No dalej Hermiono! Dasz sobie radę. 
- Łączy nas coś więcej niż przyjaźń? - wypaliłam szybko i spuściłam wzrok. Moje buty wydały się bardzo interesujące. 
Fred nie odpowiedział. Stał i wpatrywał się we mnie jak w obrazek. Nie wiedziałam co sobie myśleć, przecież może nawet nimi nie byliśmy! Och, boże, co za głupota mi się na myśl nasunęła..
- Tak. 
Odpowiedział i tak po prostu wyszedł. Co miałam sobie pomyśleć? Krótka, ale niezbyt treściwa odpowiedź. Postanowiłam, że się prześpię i potem pomyślę. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień. Podeszłam do łóżka i wtuliłam się w miękką i pachnącą różami poduszkę. Nie upłynęło dużo czasu a odpłynęłam w głębokie krainy snu. 

~*~

Wow! To już 24 rozdział na tym blogu. Nie mogę w to uwierzyć. Rok temu, zaczynałam i stawałam na 4 rozdziałach mówiąc sobie, że nie dam rady. A tu taki niespodziewany zwrot akcji. 
Dzisiaj wchodzę na bloggera, a tutaj 1717 wyświetleń! Dziękuję wszystkim, którzy komentowali, wchodzili i czytali moje wypociny, mimo, że nie skomentowali. 
Dziękuję między innymi: 
~Crystaleth,
~Narcyzie,
~Tonks Gryfonce.
Tutaj są osoby, które ostatnio komentowały. Jeśli kogoś pominęłam to przepraszam. 
Podziękowania należą się też anonimą, bo pojawiły się tutaj takie komentarze.
Wiem, kolejny krótki rozdział. Jednak chcę aby ten blog potrwał jak najdłużej i muszę was podtrzymać w napięciu :).
Komentujcie!

Pozdrawiam.
~Tymbarkowa.