sobota, 22 marca 2014

Rozdział 22 ,,Jest tutaj (...)"



W końcu wygrałem. Biłem się z własnym bratem, chociaż to ni było żadnym skandalem. Tłukliśmy się od dziecka, tylko nie tak poważnie jak teraz.
Mój brat miał rozciętą wargę, z której sączyła się krew. Na twarzy jeszcze parę wielkich, fioletowych bani. Ja natomiast miałem tylko draśnięcie na policzku. Można powiedzieć, że wyszedłem ,,zwycięsko" z tej walki. A co dziwniejsze, moja matka nie interweniowała. Nawet nie przyszła! Zdziwiło mnie to, ale wiedziałem, że mimo wszystko nie obędzie się bez szlabanu. Bo Ronuś poskarży..
- Idioto! Co ty narobiłeś?! - spytał mi się Ron, próbując zatamować czerwony płyn.
Nie odpowiedziałem mu. Sam sobie zaczynał. W tej samej chwili do pokoju wparowała nasz matka. Świetnie. Dowie się bez żadnego apelu... 
- Ron?! Co Ci się stało?! - wykrzyknęła moja matka, a potem spojrzała na mnie. - Który zaczął?!
Oby dwoje wskazaliśmy na siebie palcem. Widać było, że matka aż płonie od środka. Jednakże, spodziewając się krzyku spytała:
- O co jeszcze poszło?
Zaskoczony tym pytaniem, przez chwilę na nią patrzyłem, jednak ona najwidoczniej czekała na odpowiedź od Rona, bo w niego wtopiła swój przeszywający wzrok. Odzyskałem zdolność mowy i odpowiedziałem:
- Ron powiedział, że jeśli on nie może jej mieć to ja też nie mogę.
Kobieta spojrzała na mnie takim wzrokiem jakby to mnie chciała udusić. A ja tylko chciałem mu pokazać, że jeśli powie coś takiego jeszcze raz to zobaczy co to śmierć. Tak, tak wiem przecież to mój brat. Jednak mówiąc coś takiego o mojej dziewczynie, którą kochałem ponad życie, a teraz leży w ciężkim stanie w szpitalu, to wiedział, że nie wyjdzie z tego bez jednego małego zadrapania. Albo był po prostu naiwny i myślał, że wyjdę i trzasnę drzwiami. Zrobiłem to raz w życiu... Wtedy kiedy odzyskałem ją. Tak, to ona mnie tak zmieniła... Aż trudno uwierzyć...
- Ronaldzie, czy to prawda?!
- Tak. - wybąkał nadąsany chłopak.
- W takim razie, za to, że spowodowałeś nieszczęsny wypadek i teraz jeszcze ta bójka... DOSTAJESZ SZLABAN NA CAŁE WAKACJE! ODDAJ MI MIOTŁĘ! - wrzasnęła Molly.
Pierwszy raz widziałem ją tak zdenerwowaną. Co jak co, ale my z George'm wiele przeskrobaliśmy i jeszcze nigdy tak nie wrzeszczała. Byłem pod wrażeniem.
- I jeszcze oddajesz różdżkę!
Ron spojrzał na nią nienawistnym wzrokiem, ale potulnie jak baranek, oddał i różdżkę i miotłę.
- Co ty sobie myślałeś ją porywać, jeszcze do lasu! Boże w ogóle jak mogłeś porwać dziewczynę, którą znasz od pierwszego roku w Hogwarcie! Jeszcze się z nią przyjaźnisz! Albo przyjaźniłeś, bo ona ci może tego nie wybaczyć... A jeśli to zrobi to jej powinieneś dziękować na kolanach! Jak myślisz co mam powiedzieć jej rodzicom?! Jakiś pomysł?!
Przerwała na chwilę, od tego wszystkiego zrobiła się cała czerwona.
- Mamo... - próbowałem coś powiedzieć jednak ona mnie nie słuchała.
- Powiesz państwu Granger, że to ty wszystko spowodowałeś. I nie interesuje mnie to, że nie masz odwagi, czy to, że mogą cię znienawidzić.
Powiedziawszy to wyszła, trzaskając drzwiami.
- Zadowolony jesteś z siebie?!
Nie odpowiedział mi. Spuścił głowę, nie chcąc na mnie patrząc, albo zrobiło mu się wstyd za to co zrobił. 
Wyszedłem, nie mogłem na niego patrzeć. Musiałem zobaczyć JĄ.

~*~

Zszedłem na dół. Postanowiłem zobaczyć Hermionę, jednak nie mogłem nie powiedzieć mamie gdzie jestem.
- Mamo! Teleportuje się do Munga. 
Jednak nikt mi nie odpowiedział. Czyżby już tam byli?
Postanowiłem się teleportować. Znalazłem się na środku korytarza w szpitalu. Miałem szczęście bo ujrzałem moją matkę wchodzącą do jakiegoś pokoju. Z pewnością tam była Hermiona! 
Uradowany, szczęśliwy poszedłem za nią. Prawie biegłem, jednak kiedy wszedłem do pomieszczenia, zobaczyłem prawie zapłakaną matkę, która stała na pustym łóżkiem. Podszedłem do niej pełen obaw, myśląc tylko aby to co myślę nie okazało się prawdą. Po wypadku jej nie widziałem, a teraz kiedy nadarzyła się okazja, jej tutaj nie było.
- Mamo, gdzie jest Hermiona?
- Nie wiem... Jeszcze parę godzin temu tutaj była! - powiedziała roztrzęsiona. 
Wybiegłem na korytarz i się rozejrzałem. Zobaczyłem pierwszego lepszego lekarza i natychmiast do niego podbiegłem. Musiałem wiedzieć co się z nią stało.
- Panie doktorze!
- Słucham? - odparł uprzejmie lekarz.
- Wie pan co się stało z dziewczyną, która tutaj dzisiaj trafiła?
- Jak się nazywa? - spytał, otwierając neseser, który miał przy sobie. Wyciągnął z niego listę, za pewne pacjentów.
- Hermiona. Hermiona Granger.
- Jest tutaj, ale na operacji. - odpowiedział.


~*~

Proszę oto następny rozdział. PROSZĘ KOMENTUJCIE! :)

~Tymbarkowa.





niedziela, 16 marca 2014

Rozdział 21- ,,LEPIEJ ŻEBY UMARŁA!"


Zastanawiałem się jak on mógł jej to zrobić. Ufała mu, traktowała jak przyjaciela. A on? O mało jej nie zabił! Co go napadło?
- Fred, wszystko będzie dobrze. - usłyszałem czyjś głos na uchem. Był to mój brat bliźniak.
- Dlaczego to zrobił?!
- Na prawdę niczego nie zauważyłeś? Czy może wiedziałeś, ale ona tobie, także przesłoniła oczy?
- Co masz na myśli mówiąc: ,,przesłoniła oczy"? - spytałem podejrzliwie, patrząc na brata.
- Pamiętasz w ogóle, że Ron się w niej buja? - spytał, a ja nagle zrozumiałem wszystko.
- Faktycznie... Wybacz.
- A pamiętasz, że masz brata? - spytał patrząc na mnie, podejrzliwym wzrokiem. Nie wiedziałem czy uznać to za żart, czy prawdziwe, szczere pytanie.
- Oczywiście, że tak! - odpowiedziałem z oburzeniem.
George, patrzył na mnie przez dłuższą chwilę, a potem jak gdyby nigdy nic roześmiał się. Spojrzałem na niego urażonym wzrokiem, a ten spoważniał.
Ja zastanawiałem się, a raczej zamartwiałem co z Hermioną. Rodzice nie pozwolili mi jechać wraz z nimi więc, musiałem czekać. Ale jak mam być cierpliwym skoro, tam jest osoba, na której mi zależy?! Nie mogłem znieść myśli, że ją stracę na zawsze... Nie dałbym sobie rady. Tak bardzo ją kocham i nie wyobrażam sobie ani jednego dnia bez niej. A to wszystko wina Rona. Kiedy on się pojawia, zawsze dzieje się coś złego... A wtedy cierpi Hermiona. Już wiele razy zastanawiałem się dlaczego to jej musi się coś stać a nie mnie.
Nagle do usłyszałem znajomy trzask. Rodzice wrócili!
Wbiegłem jak szalony do pokoju. Moja mama była na skraju wytrzymania, a ojciec miał poważną minę.
- Co z nią?! Wszystko w porządku?! Kiedy wróci?! Kiedy ją zobaczę?! Co jej jest?! Czy to coś poważnego?! - wrzeszczałem jak opętany, jednocześnie próbując złapać oddech.
- Jej stan jest krytyczny. Lekarze walczą o jej życie. Doktor powiedział, że jeszcze nigdy nie widział tak posiniaczonego ciała... - mówiąc to była bardzo smutna i prawie płakała.
Nagle dostałem jakiegoś napadu. Nie wiem co we mnie wstąpiło.
- Gdzie jest Ron?! - wrzasnąłem.
- U siebie w pokoju... Ale Fred...
Nie zdążyła dokończyć ponieważ ja już wpadłem do pokoju Rona. Siedział jakby nieprzytomny, nie zdający sobie sprawy co zrobił.
- Czy to wiesz co narobiłeś?! ONA MOŻE UMRZEĆ! - wrzeszczałem do niego, chcąc wyładować emocje.
- A TY?! JAK MOGŁEŚ! PRZECIEŻ WIESZ, ŻE JEST DLA MNIE WSZYSTKIM! ALE MOŻESZ BYĆ PEWNY! JEŚLI NIE TY Z NIĄ BĘDZIESZ TO I JA TEŻ NIE! LEPIEJ ŻEBY UMARŁA! - wrzasnął, a kiedy usłyszałem te słowa, zacząłem się z nim bić.



~*~

Cześć!
Dawno mnie tutaj nie było.
A dlaczego? Oto powody:
*nie miałam weny. A co dopiero jak usiadłam przed komputerem dopiero wtedy rozpatrzałam, z powodu jakiejkolwiek iskierki weny.
*nikt tutaj nie zaglądał i zaglądać raczej nie będzie.
*nie miałam za wiele czasu..

Rozdział krótki ale jest, chociaż trochę. Nie wiem co dalej z tym blogiem. Jeśli pojawi się chociaż jeden komentarz to coś napiszę, nawet najmniejszą notkę. W końcu byłoby dla kogo. 

+Poprawiajcie mnie, jeśli widzicie jakieś błędy, dawajcie wskazówki dotyczące bloga. Wszystko mi się przyda. 

I JESZCZE JEDNA WIADOMOŚĆ!

Postanowiłam, że stworzę nowego bloga. Tym razem nie będzie to Fremione, ale coś podobnego. Szablon mam już gotowy, blog stworzony, tylko muszę napisać Prolog. Mam nadzieję, że pojawi się jeden mały komentarz. :)

Ps. Pozdrawiam i czekam cierpliwie, na jakiś promyk nadziei ; w postaci komentarza.

~Tymbarkowa.